18.07.2012

Open'er 2012 - koncerty

Pierwszego dnia liczył się dla mnie w zasadzie tylko jeden zespół - The Kills. Co ciekawe pierwszy raz zainteresowałem się tym zespołem dopiero w maju tego roku. Po raz pierwszy z Alison Mosshart miałem styczność przy okazji jej poprzedniego występu na Open'erze 2 lata temu, u boku Jacka White'a, w ramach projektu The Dead Weather. To był jeden z najlepszych koncertów tamtego festiwalu. Kiedy pojawiła się informacja o występie The Kills na tegorocznym Open'erze, bardzo się ucieszyłem, że wreszcie będzie okazja zapoznać się bliżej z twórczością tego zespołu. Już po pierwszym przesłuchaniu "Blood Pressures" zacząłem sobie na ten koncert ostrzyć zęby. Średnio podoba mi się nowy image Alison Mosshart, ale akurat tego dnia nie miało to żadnego znaczenia. Ze sceny płynął pełen profesjonalizm. Koncert był niemal perfekcyjny, co mnie trochę zaskoczyło, bo spodziewałem się więcej "brudu". Ogromne wrażenie zrobili na mnie siedzący z tyłu perkusiści z czerwonymi apaszkami zasłaniającymi usta. Niestety mój odbiór koncertu był nie do końca taki, jaki mógłby być. Trochę się zasiedziałem na Tres.B w namiocie i musiałem w kilka minut pokonać cały teren. Jako że był to dopiero początek Open'era, nie byłem jeszcze na tyle wkręcony, żeby zrobić sprint pod scenę, więc pierwsze dźwięki "Future Starts Slow" usłyszałem będąc jeszcze daleko od głównej sceny (zupełnie jak na The Dead Weather 2 lata temu, z tym że wtedy miałem ku temu dość wyraźny powód). Nie było mnie na Open'erze od dwóch lat, dlatego na gwałt zapomniałem o barierce, którą trzeba było pokonać, żeby przebić się pod samą scenę. Dlatego koncert był dla mnie wyłącznie kontemplacyjny.

Jeszcze bardziej kontemplacyjny był występ Björk. Ustawiłem się gdzieś z tyłu, nie będąc za bardzo pewnym jak długo uda mi się wytrwać. Wytrwałem do samego końca. Koncert był rewelacyjny! Jedynie końcówka była trochę ciężka do zniesienia. Jednak wynagrodziły mi to usłyszane wcześniej wyśmienite wykonania doskonale znanych utworów, w szczególności "Hunter", "All Is Full Of Love", czy "Joga" (!!!), jak i również kilku zupełnie nieznanych. Wokal Björk znacznie bardziej przemawiał do mnie niż w wersjach studyjnych. Trudno powiedzieć na ile ten koncert przekona mnie do sięgnięcia po nowsze dokonania Björk. Bardziej utwierdził mnie w przekonaniu, że te starsze utwory z powodzeniem można umieścić wśród najważniejszych utworów ostatnich dwóch dekad.

Na koniec został New Order. Niestety nie przygotowałem się wystarczająco dobrze do tego koncertu. Niektóre utwory dopasowałem do wykonawcy dopiero w czasie koncertu (np. "True Faith"). Ogólnie rzecz biorąc koncert mnie nie zachwycił. Fajnie, że zagrali też kilka utworów Joy Division. Któż miałby je grać jak nie oni? Jednak te wersje średnio mnie przekonały. Zaczęli od "Crystal", a więc tego utworu, który był mi najlepiej znany. Ja jednak, tak jak w przypadku The Kills, nie byłem jeszcze wtedy pod sceną. Trochę mi to popsuło odbiór koncertu. Całość odbieram jednak pozytywnie. Na pewno mój kontakt z zespołem New Order nie skończy się na tamtym koncercie.

Drugi dzień zaczął się od koncertu Izy Lach. Pewnie gdybym nie odsłuchał wcześniej tych kilku piosenek na youtubie, to byłoby to odkrycie całego festiwalu (inna sprawa, że nie wiadomo, czy w ogóle bym się na ten koncert wybrał). A tak, wszedłem chyba w połowie koncertu i żałowałem, że nie przyszedłem wcześniej. Pasja wkładana przez wokalistkę w każdy utwór była wprost niespotykana. To był pierwszy koncert tego Open'era, na którym przeszły mnie ciarki (zdaje się, że podczas utworu "Futro").

Kolejnym koncertem był występ, który chyba był dla mnie najważniejszym koncertem tego dnia. Płytę Dry The River poznałem w maju. Był to chyba ten zespół, który zrobił na mnie największe wrażenie spośród wszystkich wykonawców, których poznawałem przed Open'erem. No i cóż. Koncert był bardzo dobry. Zagrali wszystkie utwory, na które czekałem. Na żywo utwór "New Ceremony" zabrzmiał równie majestatycznie jak w znakomitym teledysku. Świetnie wypadł też m.in. "Bible Belt", czy zagrane na samym początku "No Rest" i "Shield Your Eyes". Jedynym mankamentem było nadmierne przeciąganie niektórych partii wokalnych (choćby w "Weights & Measures"), co wprawdzie nie było denerwujące, ale trochę zaburzało rytm. Zaskoczyła mnie też obecność tylu osób na tym koncercie (zresztą sami muzycy przyznali, że dla tak dużej publiczności jeszcze nie grali).

Trzy godziny po rozpoczęciu koncertu Dry The River, na głównej scenie rozpoczął swój występ Bon Iver - drugi z zespołów, na które najbardziej liczyłem tego dnia. I był to zdecydowanie najlepszy koncert tego wieczoru. Mógłbym śmiało użyć tutaj podobnych słów jak w przypadku koncertu Björk, z tym że tutaj dochodzą jeszcze moje oczekiwania względem tego koncertu oraz mój osobisty odbiór tej muzyki, który jest w przeciwieństwie do Björk mocno utrwalony. Dochodzi też fakt, że płytę "Bon Iver, Bon Iver" po raz pierwszy przesłuchałem niespełna tydzień przed koncertem. Utworem "Holocene" się wprost zauroczyłem. Płyty słuchałem też w autobusie, w drodze na festiwal. Sformułowanie "najlepszy kontemplacyjny koncert w moim życiu" będzie tu jak najbardziej na miejscu. Początek był bardzo dobry, ale prawdziwy odlot zaczął się dopiero wraz z pierwszymi dźwiękami utworu "Hinnom, TX". To był jeden z najlepszych momentów całego festiwalu. Trochę później kolejno wybrzmiały "Holocene", "Flume" i "Calgary" i kolejne dwa utwory zamykające płytę "Bon Iver, Bon Iver". Na koniec jeszcze "For Emma" i wreszcie "Skinny Love" i "The Wolf" jako bisy. Stojąc tam i słuchając tej muzyki przed oczami stanęły mi chwile, zdarzenia z ostatnich lat, które wrosły we mnie najgłębiej. Muzyka, która dopływała ze sceny, wyniosła je gdzieś ponad tłum, który stał pod sceną i pozwoliła, by sobie tam swobodnie krążyły. Być może wraz z wieloma innymi, pochodzącymi od innych ludzi. Stałem tak z zamkniętymi oczami chyba przez pół koncertu. Jakby ktoś mnie zobaczył z takim wyrazem twarzy, pewnie pomyślałby, że właśnie wróciłem z pogrzebu. I tylko ten dym papierosowy zakłócał odbiór całości. Na szczęście coraz więcej ludzi przerzuca się ostatnio na nieco przyjemniejsze zapachy ;-)

To był symboliczny początek mojego Open'era. Mimo, że byłem tam już ponad dobę, to dopiero wtedy uwolniło się ze mnie to coś, co pozwoliło mi później biec ile sił w nogach w stronę namiotu na drugą połowę koncertu The Maccabees. Udało mi się przebić w jakieś dogodne miejsce, co wcale nie było łatwe, ale mam już w tym spore doświadczenie. No i wreszcie można było sobie poskakać. Oczywiście nie tylko dlatego chciałem zdążyć na ten koncert. Już płyta "Wall Of Arms" bardzo mi się spodobała. Miałem możliwość zobaczenia The Maccabees na żywo 3 lata temu w Warszawie, kiedy to supportowali bodajże zespół Editors. Musiałem jednak zrezygnować z tamtego koncertu. Ucieszyła mnie wiadomość, że będą na Open'erze, ale już wtedy miałem poważne obawy, czy uda mi się ich zobaczyć w gąszczu innych zespołów. Płytę "Given To The Wild" poznałem stosunkowo niedawno. Nie odrazu mi się spodobała, ale na szczęście chwyciła w końcu, na krótko przed Open'erem. Miałem okazję usłyszeć na żywo m.in. dwa moje ulubione utwory z tej płyty: "Forever I've Known" i "Pelican". Być może ten bieg do namiotu nie był tak spektakularny jak ten z 2009 roku, kiedy to wbiegłem do namiotu na koncert White Lies po skończonym koncercie Faith No More i przebiłem się prawie pod samą scenę, albo rok później, kiedy to zrezygnowałem z bisów The Dead Weather, żeby nie stracić zbyt dużo wyśmienitego koncertu Archive, ale z pewnością w pewnym stopniu nawiązuje do tamtych.

W zasadzie dzień mógłby się na tym skończyć, ale udałem się jeszcze pod scenę World na koncert Pauli i Karola. Osób była zaledwie garstka, bo większość bawiła się w tym czasie na Justice (jedyny koncert na głównej scenie, którego nie widziałem ani fragmentu) i w namiocie na Jessie Ware. Płyta "Whole Again" bardzo mi się spodobała, w związku z czym nie miałem żadnych wątpliwości, że to właśnie na ten koncert powinienem pójść o tej porze (Jessie Ware to raczej nie moja bajka, Justice chyba też). Koncert zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Ale nade wszystko pozytywne wrażenie zrobiła na mnie cała otoczka i poczucie humoru członków zespołu, jak i również wyświetlane grafiki. Ze sceny płynęła bliskość i sielskość znana mi dobrze m.in. z festiwalu Yapa.

Trzeci dzień festiwalowy zaczął się od koncertu Bloc Party na scenie głównej. Gdyby zespół przyjechał na Open'era 4 lata temu, z pewnością byłbym bardziej nakręcony na ich koncert. Ich najnowszej płyty w ogóle nie znałem, a jedyną którą znałem w całości i mi się podobała, była wydana w 2007 roku "A Weekend In The City". Jeśli wierzyć last.fm, ostatni raz słuchałem ich muzyki w styczniu 2008, a więc 4,5 roku temu. Nie przeszkodziło mi to jednak w jej odbiorze. Co z tego, że nie rozpoznałem większości utworów, które kiedyś lubiłem ("Song For Clay", "Banquet", "Waiting For The 7.18", czy "The Prayer"). Ważne, że wydały się znajome i byłem w stanie podchwycić rytm. Może gdyby zespół grał dzień wcześniej, wcale bym się tak świetnie nie bawił. Nowe utwory zabrzmiały nieźle, także z pewnością sięgnę po nową płytę, jak tylko się ona ukaże.

Kiedy przed festiwalem patrzyłem na piątkowy line-up, widziałem w nim przede wszystkim koncert Julii Marcell o 1:00 w namiocie. Od pozostałych zbyt wiele nie oczekiwałem. Z Franzem Ferdinandem było trochę podobnie jak z Bloc Party. Też bardzo dawno ich nie słuchałem, jednak już od rana coś wisiało w powietrzu. Czułem namiastkę czegoś, co wydarzyło się 4 lata temu na koncercie The Raconteurs, czy 3 lata temu na Arctic Monkeys. Pod sceną był straszny tłum. Kiedy wybrzmiały pierwsze dźwięki "The Dark of the Matinée" już stało się jasne, że to będzie najlepszy koncert tego festiwalu. Zaczęło się totalne szaleństwo. Doskonale znane utwory przeplatane były tymi zupełnie nowymi. Jednak jedyna różnica między jednymi a drugimi była taka, że w przypadku tych starszych, znało się słowa. Wszystkie utwory były tak samo skoczne, więc szaleństwo pod sceną praktycznie nie ustawało. Było też pogo (już nie pamiętam kiedy ja ostatnio...) i młynek (widać wciąż wiele przede mną, bo był to dopiero pierwszy młynek w moim życiu). Po 45 minutach musiałem się wycofać, bo zaczynało brakować mi tchu, a moja koszulka wyglądała jakbym przed chwilą wszedł w niej pod prysznic. Na koniec wybrzmiał mój ulubiony utwór z drugiej płyty - "Outsiders", a jako bis - utwór, na który czekałem chyba z największym utęsknieniem - "This Fire". Wtedy znów znalazłem się pod sceną i koncert kończyłem w jednym z pierwszych rzędów. Chyba żaden koncert w życiu nie kosztował mnie aż tyle wysiłku. Gdy się skończył, byłem tak usatysfakcjonowany, że Open'er mógłby się dla mnie już wtedy skończyć. Później długo musiałem reanimować telefon, który jak widać nie bawił się tak świetnie jak ja...

Po koncercie Franz Ferdinand przyszło mi wybierać między M83 a The Cardigans. Decyzję jednak podjąłem już znacznie wcześniej. M83 już widziałem trzy lata temu, a The Cardigans była szansa zobaczyć prawdopodobnie jedyny raz w życiu. To jeden z najbardziej magicznych zespołów mojego dzieciństwa, kojarzący się z okresem, kiedy zaczynałem mieć styczność z muzyką alternatywną. Ten sentyment pozwolił mi na przeżycie tego koncertu w sposób absolutnie niepowtarzalny. Stałem tuż za barierką i patrzyłem głównie na telebim. Ale naprawdę było na co patrzeć. Nina Persson mimo swoich już prawie 40 lat prezentowała się znakomicie, a jej oczy wręcz powalająco. Do tego dochodził kontrast między jej niewinnym wizerunkiem, a niektórymi dość pikantnymi wypowiedziami. Moim zdaniem pod względem wizerunku scenicznego przebiła nawet Alison Mosshart i tym samym dołączyła do ścisłej czołówki moich ulubionych wokalistek.

Niestety nie dotrwałem do końca bisów, bo nie chciałem się bardzo spóźnić na koncert Julii Marcell, po którym tak wiele sobie obiecywałem. Jednak po tym co zobaczyłem wcześniej tego dnia, oczekiwania względem tego koncertu nieco spadły. Dwa lata temu widziałem Julię na Open'erze po raz pierwszy. Wtedy też grała w namiocie, tyle że w nieco wcześniejszych godzinach. Tamten koncert rozłożył mnie na łopatki, a przecież to było jeszcze przed wydaniem znakomitej płyty "June". Tegoroczny koncert był zupełnie inny. Nie był już tak kameralny. Ze sceny już nie biło tyle niewinności. Właściwie nie zwracało się już takiej uwagi na to, co się działo na scenie. Były światła, były dźwięki i to co dochodziło ze sceny do wewnątrz. Tego dnia Julia była po prostu wielka! Przebiła wszystkich innych polskich artystów, których widziałem w tym roku Open'erze i to przebiła o kilka długości. Kapitalne wykonanie "I Wanna Get On Fire", podczas którego Julia wspieła się na głośnik, co dodawało wykonaniu majestatu. "Matrioszka" i "Echo" porwały cały namiot (szczególnie ten drugi utwór zabrzmiał jak wielki przebój), a "Night Of The Living Dead" wykonane w ramach bisów przywołało nastrój koncertu sprzed dwóch lat. W ten oto sposób dobiegł końca trzeci, najlepszy dzień festiwalu.

Dzień czwarty stał pod znakiem deszczu i błota. Nastawiłem się już tylko na dwa zespoły, które miały wystąpić na głównej scenie. Pierwszym z nich był Mumford & Sons. Nie wziąłem tego dnia nic od deszczu, dlatego w ogóle nie miałem ochoty ruszać się spod parasola w miasteczku w kierunku innych scen i chyba z pół godziny czekałem popijając piwo na występ Mumford & Sons. Ku mojemu zaskoczeniu, publiczność dopisała. 10 minut przed koncertem pod sceną był taki tłum, że ledwo wszedłem na płytę (ostatecznie stałem tak 25 minut, bo koncert zaczął się z 15 minutowym opóźnieniem). Popularność tego zespołu w ogóle jest dla mnie jakimś fenomenem. To co się działo od pierwszych minut bardzo mnie zaskoczyło. Od początku ludzie zaczęli skakać. Ale nie tak jak zwykle pod sceną na koncercie, tylko jakoś tak bardziej radośnie. Przypuszczam, że nie była to wyłącznie kwestia zioła, które dało się wyczuć w powietrzu w dużych ilościach. Mnie pozostaje żałować, że znałem tylko niektóre fragmenty tekstów, bo bardzo dobrze by się je na koncercie śpiewało. Koncert wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Wrażenie zrobiło na mnie też, gdy wokalista odwrócił uwagę publiczności od koncertu, zwracając uwagę na piękny zachód słońca. Ja jednak bardziej skupiłem się na muzyce i doskonale mi się wryły w pamięć wykonania takich piosenek jak "Winter Winds", "Thistle & Weeds", "Timshel", czy "White Blank Page". Szczególnym utworem był po raz pierwszy słyszany przeze mnie "Ghosts That We Knew", którego tekst spowodował, że przeszły mnie ciarki. Zresztą ogólnie teksty to jest chyba największa siła tego zespołu.

Po zakończeniu koncertu postanowiłem nie odchodzić od głównej sceny przed The Mars Volta. Na płycie pod sceną czułem się trochę jak na jakiejś wyspie, bo wszędzie dookoła było mnóstwo błota. Ugiąłem się jednak w końcu i postanowiłem pójść po Colę. Od tego momentu przestałem przejmować się błotem. Na 5 minut przed koncertem pod sceną było niepokojąco mało ludzi. Trochę się bałem, że będzie totalna klapa, ale na szczęście z czasem płyta się wypełniła, ale też koncert zaczął się z 15 minutowym opóźnieniem. Z początku tylko garstka osób zdawała się reagować na muzykę w sposób inny niż kontemplacyjny, jednak z czasem było z tym coraz lepiej. Pierwszy raz The Mars Volta widziałem na żywo w Warszawie w 2008 roku przy okazji trasy koncertowej promującej ich najlepszy album "The Bedlam In Goliath". Wydałem na tamten koncert 100 zł. i było to dla mnie ogromne rozczarowanie. Nagłośnienie było fatalne, ja stałem gdzieś z tyło, bo nie udało mi się przebić bliżej sceny, a zespół grał chyba trochę ponad godzinę (zagrał w sumie 7 kawałków). Open'erowy koncert był dla mnie doskonałą okazją do zatarcia tamtych złych wrażeń. No i udało się to w stu procentach. Wprawdzie koncert trwał mniej więcej tyle co tamten, być może nawet krócej, ale repertuar był wyśmienity. Od samego początku ("Aegis"!!!) do końca ("Goliath"!!!) przeżywałem tę muzykę w sposób trudny do opisania. Chyba nigdy nie przeżywałem w podobny sposób żadnego koncertu. W pogo wskakiwałem chyba często jak nigdy wcześniej ("Dyslexicon"!!!). Przez większość czasu wykonywałem jednak swoim ciałem dziwne ruchy, które w pełni odzwierciedlały to co do mnie docierało ze sceny. Nie zabrakło też ukochanego i jedynego wolniejszego utworu - "The Widow".

Tym samym koncert ten zarówno pod względem muzycznym, jak i ze względu na sposób przeżywania ulokowałbym w czołowej trójce festiwalowej wraz z Bon Iver i Franz Ferdinand. Który był najlepszy? Ciężko powiedzieć, bo były to trzy zupełnie różne koncerty.

Open'er 2012 - relacja okołofestiwalowa

Z kilku powodów był to dosyć specyficzny Open'er dla mnie. Po pierwsze, pierwszy raz nocowałem na polu i dzięki temu odkrywałem ten festiwal na nowo. Tuż po wejściu na teren zrozumiałem, że kalosze jednak mogą się do czegoś przydać i nie jest to tylko festiwalowy folklor. Każdy dzień wyglądał w podobny sposób. Spałem od 4 do 12. Później powoli się budziłem szukając czegoś taniego do jedzenia i z zażenowaniem stwierdzałem że znowu nie udało mi się wstać na spektakl "Anioły w Ameryce". Następnie wykonywałem jedną z dwóch czynności: pójście pod prysznic, lub na plażę. Pierwsza w połączeniu z oddawaniem telefonu do doładowania i wracaniem się po piankę do golenia, wypełniła mi cały czas przedkoncertowy. Pewnego rodzaju smaczkiem były rozmowy w kolejkach. Druga z tych czynności, w połączeniu z upałem, odbierała mi wszelkie chęci do poznawania nowych zespołów na mniejszych scenach (co było dotychczas moim stałym punktem programu Open'era) oraz do czegokolwiek innego.

Także zwykle pojawiałem się na terenie koło 17-17:30, jadłem coś, a następnie zamawiałem piwo, które zatrzymywało mnie w strefie gastronomicznej i nie pozwalało zobaczyć nic więcej niż koncerty na głównej scenie z dachu namiotu Heinekena, lub ewentualnie fragmenty występów na Talent Stage. W przypadku tych drugich, trafiałem akurat chyba najgorzej jak mogłem, np. na piosenkę zespołu Miąższ (o którym pisał kajman) o sikaniu. Innym razem usłyszałem fragment "Dziwny jest ten świat", w związku z czym zamiast do namiotu udałem się pod Talent Stage, ale było to jakieś totalne nieporozumienie. Jedynym zespołem, który mnie zainteresował był Sinusoidal, ale w momencie gdy zatrzymałem się pod sceną, oni przestali grać.

Występy zespołów, które otwierały każdy dzień festiwalowy na scenie głównej wolałbym przemilczeć, ale warto chociaż to uzasadnić. Fisz Emade Tworzywo to nie mój rodzaj muzyki (choć jednym z postanowień po tym Open'erze, jest otwarcie się na te klimaty). L.Stadt to jak dla mnie totalne nieporozumienie - widzę ich na Open'erze już trzeci raz i wciąż wydają mi się tak samo bezbarwni jak wcześniej, scena główna to zdecydowana przesada, jeśli chodzi o ten zespół. Sytuacja z Cool Kids Of Death jest nieco bardziej skomplikowana. To był zespół, którego koncert był moim pierwszym koncertem w życiu. Później byli na moim pierwszym Open'erze w 2008 roku, przy okazji wydania płyty "Afterparty" i zagrali świetny koncert. Ale po tak długim czasie rozłąki chyba zmienił się mój stosunek do nich. Przekaz ich koncertu był jednoznacznie pesymistyczny, a ich naczelnym hasłem stało się "Generacja Nic". Totalnie stoi to w sprzeczności z moim światopoglądem, jak i również postrzeganiem festiwali typu Open'er. Bardziej oczekiwałbym powiewu optymizmu ze sceny... Obraz całości dopełniła ulewa, która ostatecznie wygoniła pewnie większość osób spod sceny, a u mnie spowodowała półgodzinną bezczynność (pomimo, że mogłem przecież w tym czasie udać się na drugi koniec festiwalowego terenu, aby obejrzeć koncert Świetlików...) Czwartym z zespołów rozgrzewających na Main Stage była Kapela ze Wsi Warszawa, o której mogę powiedzieć chyba tylko tyle, że była, pomimo że widziałem chyba połowę tego koncertu.

4 lata temu przygotowałem się do Open'era na tyle solidnie, że poznałem wcześniej prawie wszystkie zespoły z każdej ze scen. Dzięki temu mogłem wszystko dokładnie rozplanować i udało się ten plan zrealizować. Później z roku na rok było z tym coraz gorzej. W tym roku nie miałem zbyt dużo czasu na poszukiwania przed samym Open'erem, także ograniczyłem się do tego, co poznałem jeszcze w maju. Dzięki temu była pewna szansa, że pewne rzeczy mnie pozytywnie zaskoczą, ale problem był taki, że pod główną sceną działo się tyle ciekawych rzeczy, że czasem wręcz nie opłacało się stamtąd ruszać. Ominęły mnie więc nieźle zapowiadające się namiotowe koncerty Bat For Lashes (bardzo chciałem ich zobaczyć, ale grali między Mumford & Sons i The Mars Volta) i M83 (widziałem ich na Open'erze trzy lata temu, dali wówczas fantastyczny koncert, ale nowa ich płyta totalnie do mnie nie trafiła; teraz zdecydowałem się na The Cardigans).

Było jednak kilka zespołów, które wywarły na mnie pozytywne wrażenie, pomimo że widziałem je bardzo krótko. Po pierwsze - Tres.B. Słuchałem ich dosyć krótko, ale wystarczająco długo, żeby mi się spodobali (nie chodzi mi wyłącznie o wokalistkę ;-) ). Po drugie - Gogol Bordello. Prawdopodobnie całego koncertu bym nie zdzierżył. Trochę drażni mnie wokal i to całe show, ale mój podziw wzbudziła energia sceniczna i utwór "Alcohol" zagrany jako bis. Po trzecie - Penderecki // Greenwood. Tutaj pozytywne wrażenie wywarła być może nie sama muzyka, ale jej połączenie z panującą aurą (wszechogarniająca mgła). Świetnie to wyglądało z dachu namiotu Heinekena. Byłem też na koncercie Pablopavo i Praczas, który nie zrobił na mnie wrażenia. Podobnie nie zrobił na mnie wrażenia koncert Toro y Moi, na którym gościłem przez dosyć krótki czas. O wiele lepiej brzmiał zespół, który widziałem w Alter Space po koncercie The Mars Volta. To było coś w rodzaju kwartetu jazzowego (był m.in. puzon i trąbka). Nie wiem nawet czy był on w planie festiwalu, bo teoretycznie w tym czasie miał grać zespół Coldair, ze względu na który tam przyszedłem. W każdym razie dobrze się przy nim wypoczywało po koncercie. Później było już tylko pływanie w błocie gdzieś pomiędzy sceną główną (The xx) a World (Brygada Kryzys). The xx nie przekonał mnie na youtubie, ale końcówka koncertu, którą miałem okazję obejrzeć, zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Dzięki niej niebawem sięgnę po tę płytę, pomimo że dotychczas się wzbraniałem. Brygada Kryzys jakoś mi do Open'era nie pasowała, ale koncert był całkiem w porządku, m.in. za sprawą kilku znajomo brzmiących utworów. Na sam koniec udałem się do Alter Kino na film "Inni" z Sigur Rós w roli głównej, co było idealnym pomysłem na zakończenie festiwalu.

05.09.2009

Razorlight na Orange Warsaw Festival 2009

Dwie godziny temu wróciłem z koncertu Razorlight. Jeszcze pół roku temu wiele bym dał, żeby znaleźć się na ich koncercie. Świetna płyta "Slipway Fires", tak na prawdę pierwsza ich płyta, która mnie w całości przekonała. Kilka znakomitych fragmentów i dwa wielkie przeboje na mojej liście ("Wire To Wire", "Stinger").
W tej sprawie nic się od tego czasu nie zmieniło. Mimo to wcale nie poszedłem na ich koncert niesiony jakąś szczególną ekscytacją. I chyba dobrze na tym wyszedłem.

Ludzi co prawda nie było tyle, ile przyszłoby zobaczyć ich grających koncert na Open'erze. Stojąc z tyłu można było odnieść wrażenie, że ludzi jest zaledwie garstka (zachowując odpowiednie, festiwalowe proporcje). Idąc na koncert mijałem duże rzesze ludzi przemieszczające się w przeciwną stronę. Może więc trafionym pomysłem była późna pora tego koncertu. Pozostali tylko ci, którzy naprawdę chcieli ich zobaczyć.

Zaczęło się od półgodzinnego opóźnienia. Widać jednak podejście do darmowej imprezy jest nieco inne niż np. do takiego Open'era, gdzie większość koncertów rozpoczyna się zgodnie z planem.
Kiedy wreszcie wyszli, pierwsze co rzuciło się w oczy to... oczy Johnny'ego Borrella, które wyglądały tak, jakby muzyk dosyć ostro zabawł się przed koncertem. Zresztą podobnie było z jego głosem. Wokalista nie był w stanie wyciągnąć niektórych partii wokalnych, a kilkakrotnie zdarzało mu się nawet zafałszować.

Pewien niesmak pozostał, ale mimo wszystko całość wypadła pozytywnie. Zabrakło "Stinger", ale tak poza tym usłyszałem wszystkie moje ulubione kawałki. Zespół był w stanie przelać ten niesamowity nastrój z płyt na scenę. Szczególnie podobała mi się druga połowa koncertu, kiedy to po kolei wybrzmiały: "Wire To Wire", "Blood For Wild Blood", "Hostage Of Love" i "America" (być może coś jeszcze było pomiędzy, ale tego już niestety nie pamiętam).

Na pewno warto było pójść na ten koncert. I to bynajmniej nie z tego powodu, że nie trzeba było za niego płacić.
Zorganizowanie takiego koncertu w samym centrum stolicy było trafionym pomysłem. To niesamowite, że miejsce, które na codzień wywołuje niesmak, nagle zamienia się w festiwalową scenę - coś zupełnie oderwanego od codzienności. Oby ta magia pozostała tam jak najdłużej.

29.11.2008

Najbardziej oczekiwany album roku

Coma
"Hipertrofia"



Tracklista

1. Party
2. Wola istnienia…
3. After party
4. Lśnienie
5. Diagnoza
6. Transfuzja
7. Przesilenie
8. Nadmiar
9. Nowe tereny migreny
10. Trujące rośliny
11. Ciągi i pociągi
12. Osobowy
13. Loty i odloty
14. Emigracja
15. Stosunek do służby wojskowej
16. Zero osiem wojna
17. Polish Ham
18. Pożegnanie z mistrzami
19. Chrum!
20. Świadkowie schyłku czasu królestwa wiecznych chłopców
21. Koniec pewnego etapu

1. Początek pewnego etapu
2. Ekhart
3. Na na na na
4. Zamęt
5. Zwalniamy
6. Widokówka
7. Przestrzeń nie-rzeczywista
8. Parapet
9. Popołudnia bezkarnie cytrynowe
10. Ślimak
11. Cisza i ogień
12. Epilog ze starym prykiem
13. Archipelagi
14. Recykling


Komentarz:

Nadeszła pora, żebym się wreszcie wypowiedział na temat nowego albumu Comy.
Oczekiwania oczywiście były ogromne, ale z drugiej strony ciężko mi było sobie wyobrazić, żeby taki zespół jak Coma wydał słabą płytę. Dlatego też obaw żadnych nie miałem.
Gdy zobaczyłem tracklistę z 31 utworami, z początku pojawiło się niedowierzanie. Nie wydawało się prawdopodobne, żeby zespół w dwa lata napisał aż tyle utworów na poziomie tych z poprzednich płyt…
Po jakimś czasie dotarło do mnie, że połowa tytułów z tracklisty, to wcale nie są utwory.
Od tego czasu nie mogłem się doczekać pierwszego przesłuchania płyty.

Długo się do tego przymierzałem. Próbowałem ugryźć "Hipertrofię" od wielu stron. Dlatego też, gdy wreszcie dostałem oryginalną płytę na urodziny, znałem już sporo utworów. Ale to w tej chwili już nie ma znaczenia. Wpłynęło to tylko na to, że pierwsze przesłuchanie nie było takie emocjonujące.
Ale dzięki temu, że wiedziałem czego się spodziewać, płyta jako całość olśniła mnie od razu. I to nie tylko okładką, która z początku mnie zadziwiła, ale przede wszystkim od strony muzycznej i konceptowej.

Ta muzyka uzależnia. Uzależnia o wiele bardziej niż dwie poprzednie płyty. Uzależnia muzyka, ale w największym stopniu uzależniają teksty. To właśnie teksty stanowiły dla mnie największą zagadkę podczas oczekiwania na nową płytę. Bo przecież to one są najważniejsze w muzyce Comy. W dodatku bardzo często są one mi bardzo bliskie. Na tej płycie chyba jeszcze bardziej, niż na wcześniejszych. Poezja Roguckiego staje się coraz bardziej dojrzała wraz z upływem lat. Teksty są jak zwykle zawiłe i bardzo często dwuznaczne, co implikuje utworzenie się pewnej aury tajemniczości, która towarzyszy nam szczególnie na drugiej płycie.

No właśnie… Druga płyta jest moim zdaniem nieco ciekawsza od pierwszej. Coma wchodzi w obszary, w jakie do tej pory się nie zagłębiała. O ile o pierwszej płycie można powiedzieć, że jest ostra brzmieniowo, dosyć jednoznaczna od strony tekstowej, a przede wszystkim w dużym stopniu utrzymana w starym stylu, to o drugiej płycie ciężko jest powiedzieć cokolwiek jednoznacznie. Najlepszym przykładem tych wątpliwości jest utwór wprost zatytułowany "Zamęt", albo najbardziej poetycki utwór w całej dotychczasowej dyskografii Comy - "Parapet".

Czytając teksty, można w pierwszej chwili odnieść wrażenie, że na żółtym krążku pojawiła się wreszcie spora dawka optymizmu, ale dwuznaczność tekstów oraz warstwa muzyczna w pełni zamazują to wrażenie. Najlepszym przykładem tej dwuznaczności jest jeden z najlepszych utworów na płycie - "Popołudnia bezkarnie cytrynowe".
Ukojenie przynosi dopiero jedna z dwóch najdłuższych kompozycji na płycie - "Cisza i ogień". Album kończy się jednak, jak zwykle, pesymistycznie. "Archipelagi" są odpowiednikiem "Schizofrenii" z poprzedniej płyty. Porównując te dwa utwory, wyraźnie widać różnice pomiędzy tymi dwiema płytami. Do zastanowienia skłania też outro "Recykling".

Czarny krążek jest o wiele łatwiejszy w odbiorze. Dwa pierwsze utwory - "Wola istnienia…" i "Lśnienie" uzależniają swoją melodyjnością i przystępnością. Potem wybucha "Transfuzja" - najbardziej energetyczny utwór na płycie. Kolejne utwory przypominają trochę mieszankę materiału z poprzednich płyt. Uwagę zwracają przede wszystkim "Emigracja" i "Osobowy", które doskonale wplatają się w koncept. "Emigracja" w pierwszej chwili budzi odrazę, ale jest to oczywiście celowy zabieg. Z pozostałych utworów wyróżnić warto "Trujące rośliny" i - w szczególności - "Świadkowie schyłku czasu królestwa wiecznych chłopców", jak dla mnie jeden z najlepszych utworów na tym albumie.
Pierwsza płyta jest więc trochę bardziej stonowana pod względem emocjonalnym niż druga. Nie ma tutaj tyle pesymizmu, co na "Zaprzepaszczonych siłach…". Największą zaletą jest utrzymywanie klimatu, za pomocą dobrze obmyślanego konceptu.

Na pewno jeszcze długo będę się osłuchiwać z "Hipertrofią". Bardzo się cieszę, że mimo tak dużej ilości materiału, udało się Comie zachować poziom. Co więcej, wydaje mi się, że ta płyta jest lepsza niż "Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków" i na pewno dojrzalsza niż "Pierwsze wyjście z mroku".

Teraz tylko pozostaje mi czekać na koncert. Jeśli nie w lutym w Warszawie, to może w jakimś innym mieście. Tej trasy koncertowej nie wypada przegapić...

10.09.2008

Staind po raz szósty, czyli kolejna iluzja postępu

Staind
"The Illusion Of Progress"



Tracklista

1 "This Is It" - 3:46
2 "The Way I Am" - 4:18
3 "Believe" - 4:17
4 "Save Me" - 4:52
5 "All I Want" - 3:29
6 "Pardon Me" - 5:02
7 "Lost Along The Way" - 4:19
8 "Break Away" - 4:09
9 "Tangled Up In You" - 4:35
10 "Raining Again" - 3:53
11 "Rainy Day Parade" - 4:16
12 "The Corner" - 5:17
13 "Nothing Left To Say" - 4:40

Bonusy

"It's Been Awhile (Acoustic Version from the Hiro Ballroom)" [Limited Edition] - 4:49
"Devil (Acoustic Version from the Hiro Ballroom)" [Limited Edition] - 5:18
"Schizophrenic Conversations (Acoustic Version from the Hiro Ballroom)" [Limited Edition] - 4:46
"The Truth" [iTunes Deluxe Edition][3] - 4:42
"Something Like Me" [iTunes Pre-Order Deluxe Edition][4] - 4:52

Kilka słów ode mnie...

Szósta już płyta studyjna zespołu Staind wbrew tytułowi nie jest krokiem na przód. Na "The Illusion Of Progress" muzycy kontynuują to, co tworzyli na poprzednich płytach. Przyznam, że nie jest to dla mnie wielka niespodzianka. Już po usłyszeniu pierwszego singla było jasne, że po raz kolejny na płycie znajdzie się kilkanaście melancholijnych piosenek uszlachetnionych świetnym wokalem Aarona Lewisa.

Mimo, że od kilku płyt Staind brzmi praktycznie tak samo, wsłuchując się w ich muzykę, można odkryć sporą różnorodność brzmieniową poszczególnych płyt, jak i również pewne okresowe tendencje. Pierwsze płyty były ostrzejsze. "14 Shades Of Grey" była najbardziej przebojowa. Kto nie słyszał takich hitów jak choćby "So Far Away" czy "Blow Away"? Z kolei "Chapter V" była najbardziej melancholijna i przepełniona emocjami.

Jaka jest nowa płyta? Po pierwszym przesłuchaniu ciężko powiedzieć. Uwagę zwraca niestety niewielkie zróżnicowanie materiału. Mam nadzieję, że po kilku przesłuchaniach zmieni się moje zdanie odnośnie tego aspektu. Na szczęście już po pierwszym przesłuchaniu zwróciłem uwagę na kilka utworów. Szczególnie polecam otwierający płytę "This Is It" (prawdopodobnie drugi singiel), "Break Away" - z tych cięższych, oraz ballady "Pardon Me" i "Tangled Up In You".

Nie oszukujmy się, w przypadku tego zespołu nie można mówić o niczym nowym, o jakichś wyraźnych zmianach w brzmieniu. Dlatego też w niemalże każdym utworze można odnaleźć jakieś podobieństwo do wcześniejszych dokonań grupy. Za to tutaj bardzo istotną rolę odgrywają teksty. Przestudiowałem je co prawda niezbyt dokładnie, ale jeden z nich szczególnie poraził mnie swoją prostotą ("All I Want"). W utworach Staind dominuje smutek i ból. Tak było zawsze i dlatego tworzą tak piękną muzykę. Jednak nie jest to jakiś paniczny ból rodem z Alice In Chains. Jest tutaj sporo światła i optymizmu. Ta muzyka ma w sobie siłę! Jest to doskonały materiał na jesienne wieczory, na nocne spacery. Coś co daje wytchnienie. Dlatego też mimo, że Staind się nie zmienia, dopóki będzie tworzyć piękną muzykę, zawsze będę po nich sięgać. I to, że jakikolwiek postęp jest tylko iluzją, pozostaje dla mnie bez znaczenia.

Wkrótce pare słów o nowych płytach Shinedown i 3 Doors Down.

30.07.2008

The Mars Volta i Apocalyptica w Warszawie

W tym tygodniu zaczęła się druga część tegorocznego sezonu koncertowego. Rozpoczął ją w warszawskiej Stodole zespół The Mars Volta. Długo się wahałem, czy iść na ten koncert, aż w końcu pod wpływem impulsu, na dzień przed moim ostatnim wyjazdem w góry, kupiłem bilet. Nie byłem dobrze przygotowany. Ściągnąłem dwie pierwsze płyty zespołu dopiero na dzień przed koncertem. Jeszcze przed przesłuchaniem płyty "De-Loused In The Comatorium" wpadły mi w ucho dwa kawałki z tego albumu - "Intertiatic ESP" i, przede wszystkim znany mi już wcześniej z... zestawu do głosowania LP3 "Televators". Niestety, a może i dla mnie - na szczęście, na koncercie zespół nie zagrał absolutnie nic z pierwszej płyty. Z drugiej zagrali tylko dwa utwory, w tym kultowy "The Widow".

Ale po kolei...
Jak zwykle w takich sytuacjach, z domu wyszedłem późno. Bałem się, że ominie mnie początek koncertu. Przyszedłem z około dziesięciominutowym spóźnieniem, ale zespołu jeszcze na scenie nie było. I nie było jeszcze przez długi czas... Weszli na scenę ze sporym spóźnieniem. Zaczęli od "Goliatha". Już po pierwszych dźwiękach odczułem, że z nagłośnieniem jest coś nie tak. Głos wokalisty Cedrica Bixlera-Zavali momentami brzmiał jak rozpaczliwy krzyk zarzynanego kurczaka. Koncert rozkręcił się dopiero, gdy przeszli płynnie na improwizacje. Świetne solówki Omara Rodrigueza-Lopeza oraz znakomite partie saksofonowe, to z pewnością najznamienitsze ozdoby tego koncertu. Rozkręcili się szybko. Do tego stopnia, że "Goliath" trwał około 20 minut. Ciężko było to odczuć komuś, kto nie zna dogłębnie wszystkich dzieł zespołu. Gdy znów pojawił się motyw z tytułowej piosenki z ostatniej płyty, byłem zaszokowany, bo według moich kalkulacji zespół powinien rozpoczynać właśnie utwór numer cztery...

Po świetnej końcówce "Goliatha" wybrzmiał utwór "Viscera Eyes", którego... nie rozpoznałem. Z jednej strony to dziwne, bo znam ten utwór już od dawna. Ale nie sposób było wychwycić jakiekolwiek słowa z tego pisku Cedrica...
Na szczęście zaraz potem nadszedł świetny "Wax Simulacra", który momentalnie poprawił mi nastrój. Zaraz potem wybrzmiał kawałek, który najbardziej chciałem usłyszeć na tym koncercie. "Ouroboros"! Problemy z nagłośnieniem przestały być w ogóle odczuwalne! Słyszałem tylko dobrze znane piękno tej muzyki... I wtapiałem się w jej rytm...
Potem przyszedł czas na najbardziej zwariowaną część koncertu. Dwa utwory pod rząd: "Ilyena", "Cygnus... Vismund Cygnus"... Mnóstwo improwizacji, eksperymentów... Zespół zabrał publiczność w fascynującą muzyczną podróż. Aż wreszcie zwolnili. A dotychczas zwalniali tylko w przerwach pomiędzy utworami. Nie pozwalali, by sala wypełniła się ciszą.
Ale ta przerwa była wyjątkowa...
Po niej musiało nadejść coś wyjątkowego...
I nadeszło.
Ale najpierw wybrzmiało kilka tajemniczych dźwięków. To był idealny moement, żeby TO zagrać! Aż strach się bać, co by było, gdyby w tamtym momencie tego nie zagrali.
Ale po chwili Cedric zagłuszył coraz mocniej dającą o sobie znać ciszę słowami "He's got fasting black lungs", a mnie przeszedł dreszcz...
To był najwspalnialszy moment tego koncertu.

Po znakomitym wykonaniu "The Widow" nastąpiło coś jeszcze lepszego. "Aberinkula"! Ten utwór, który otwiera najnowszą płytę. Ale na koncercie zabrzmiał o wiele lepiej niż na płycie! Ależ się w tamtym momencie ten koncert rozkręcił. Cały czas marzyłem, żeby usłyszeć "Televators", ale to nie był odpowiedni czas... Teraz powinno wybrzmieć coś bardziej żywego.
Jednak gdy skończyli grać "Aberinkulę", Cedric niespodziewanie pożegnał się z publicznością i zszedł ze sceny.
Jeszcze wówczas liczyłem na bisy, bo przecież podobnie się czułem na Open'erze, kiedy to po "Blue Veins" zespół The Raconteurs opuścił scenę.
Ale wówczas jeszcze nie wiedziałem, że The Mars Volta z zasady bisów nie gra. Wkurzyłem się, gdy zaraz po zejściu muzyków ze sceny, pojawili się tam ludzie i zaczęli zwijać interes...
Jak oni mogli skończyć w takim momencie? Przecież wszyscy zapowiadali trzygodzinną muzyczną ucztę...
Wychodząc z koncertu po raz pierwszy w życiu włożyłem na uszy słuchawki.

Dopiero gdy wróciłem do domu dowiedziałem się, że brak bisów nie był jakąś wyjątkową nieuprzejmością względem polskich fanów i na trzeźwo oceniłem koncert jako udany. Ale czy wart aż tak grubych pieniędzy? Kosztował tyle samo ile najlepszy z moich dotychczasowych koncertów. Tyle że wówczas na scenie zagrały trzy znakomite zespoły, Editorsi byli w świetnej formie, a nagłośnienie aż tak nie dokuczało.
Jednak to co zdarzyło się w niedzielę, rozwiało wszelkie moje wątpliwości, że było warto zapłacić te pieniądze.
O tym dowiedziałem się dopiero w nocy, po koncercie The Mars Volty. Do Polski przyjeżdżał zespół Apocalyptica na DARMOWY koncert, który miał być częścią obchodów 64 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Koncert ten był częścią trasy koncertowej promującej ich najnowszy album "Worlds Collide". Album, który po pierwszym przesłuchaniu bardzo mi się spodobał, ale do dziś do niego nie wróciłem. Po prostu rzadko mam ostatnio ochotę na takie klimaty.

Ale w końcu poszedłem na ten koncert i nie żałowałem. Na początku grała Armia. Nie zależało mi jakoś specjalnie na tym zespole, więc przyszedłem jedynie na kilka ostatnich kawałków, a potem już z utęsknieniem wyczekiwałem gwiazd wieczora. A gwiazdy z pewnością sprostały oczekiwaniom.
Nie sprostali za to oczekiwaniom organizatorzy, którzy w przerwie puszczali hity rodem z Radia Zet, czy nawet Radia Eska... Na szczęście bardzo wiele osób z publiczności popisało się bardzo dobrym poczuciem humoru ;)
To był mój pierwszy metalowy koncert, ale nie różnił się on zbytnio od tych, na których byłem dotychczas. Ale Apocalyptica typowym metalowym zespołem nie jest. Zachowywali się jak metalowcy. W charakterystyczny sposób kręcili włosami szalejąc przy swoich wiolonczelach. Dużo mówili pomiędzy utworami. Mówili o Polsce, o Powstaniu i przede wszystkim o swoich kawałkach. Zachowywali się jak prawdziwe gwiazdy, ale jednocześnie zachowywali umiar. Trudno było nie patrzeć na nich z podziwem. Brakowało im tylko wokalisty, ale przy coverach Metalliki nie mieli większych trudności ze znalezieniem takowego (a nawet takowych ;)
Jednym z najpiękniejszych momentów było znakomite wykonanie "One" z poprzedzającą ten utwór antywojenną wstawką słowną.
Zabrakło "Path", na które czekałem, ale za to wybrzmiały instrumentalne wersje "Bittersweet" i "Life Burns!". Nie zabrakło także sztandarowych utworów z ostatniej płyty - tytułowego "Worlds Collide" (chyba obok "Path" mój ulubiony kawałek Apocalyptiki!), genialnego "Last Hope", czy też wiolonczelowej wersji "Helden" Davida Bowie. Z repertuaru Metalliki oprócz "One" zagrali jeszcze "Seek and Destroy", a na pierwszym bisie "Nothing Else Matters" i "Enter Sandman".
Na drugim - coś z klasyki - znaną melodię "In the Hall of the Mountain King" Edvarda Griega.
Na zakończenie wybrzmiał świetny utwór "Seemann" - cover Rammstein.
Ale to nie było wszystko... Po 23 zostałem, żeby obejrzeć "Księgę Eklezjastesa" - wzruszający monogram w reżyserii Piotra Cieplaka.
I tak dobiegł końca ten muzyczny lipcowy weekend.

12.07.2008

Open'er 2008 - część 2/2

Po pierwszym dniu festiwalu czekałem już tylko na Interpol. Reszta zespołów była dla mnie jedynie ciekawym dodatkiem. Z oczywistych powodów dzień rozpoczął się dla mnie koło godziny 13. O 16 byłem już na terenie festiwalu, żeby zaliczyć koncert zespołu Radio Bagdad. Niestety zamiast rockowego zespołu, na scenie pojawiło się dwóch raperów z Second Hand. To było pierwsze, ale nie ostatnie rozczarowanie tego dnia. W takim układzie o godzinie 17 zaczynały się dwa koncerty, na które chciałem pójść - Radio Bagdad i Rotofobia. Postanowiłem zaliczyć oba koncerty i wyszedłem na tym bardzo dobrze. Muzycy z Radio Bagdad rozpoczęli punktualnie o 17. Jak na debiutantów zagrali bardzo dojrzale. Z dużą przyjemnością wysłuchałem ich koncertu, a szczególnie mojego ulubionego utworu "Czas naszych czasów". Kiedy dostałem wiadomość od znajomych, którzy siedzieli z tyłu, że przeszli już pod namiot, gdzie grała Rotofobia, bez wahania dołączyłem do nich. Już wcześniej wielokrotnie wsłuchiwałem się w te utwory, które umieścili w internecie. To był jeden z najlepszych koncertów na festiwalu. Zdążyłem na wszystkie utwory, których chciałem wysłuchać (z "Neonami" i "Warszawą" na czele). Pozostałe również przypadły mi do gustu. Mam nadzieję, że w przyszłości Rotofobia będzie tworzyć więcej piosenek z polskim tekstem, bo te im zdecydowanie najlepiej wychodzą.

Kolejnym koncertem, który zaliczyłem tego dnia, był występ zespołu New York Crasnals. Po tym, czego doświadczyłem słuchając ich kawałków w internecie, spodziewałem się po nich sporo. Prezentują oni styl zbliżony do Toola (szczególnie utwór "Radiot" przypomina mi dokonania zespołu Maynarda Jamesa Keenana). Niestety wypadli poniżej oczekiwań. Zdecydowanie najlepsza była sama końcówka koncertu. Przedostatnim kawałkiem, który zagrali, był ich najbardziej znany numer - "No Time". Ostatni utwór na koncercie zabrzmiał fantastycznie. Do tego stopnia, że przez następne kilkadziesiąt minut chodził mi po głowie. Niestety w tej chwili nie pamiętam już co to był za utwór. Całe szczęście, że na ich płycie jest sporo bardzo ciekawych kompozycji.
O 20 na tej samej scenie (Młodych Talentów) miał zagrać kolejny wyczekiwany przeze mnie zespół - California Stories Uncovered. I zagrał, ale w skutek niespodziewanej zmiany w programie koncertów na głównej scenie, nie mogłem uczestniczyć w tym koncercie…

Według pierwotnego rozkładu koncertów, pomiędzy występem New York Crasnals a California Stories Uncovered nie było nic ciekawego, więc teoretycznie miałem ponad godzinną przerwę. Udałem się więc na posiłek do miasteczka festiwalowego i dopiero sms z drugiej ręki uświadomił mnie o tym, że Cool Kids Of Death zagrają o 19:30 na głównej scenie, a nie tak jak pierwotnie miało być - o 1:00.
Na ich koncert też chciałem iść, bo ostatnia płyta "Afterparty" bardzo mi się spodobała. Przyszedłem spóźniony o kilkanaście minut. A był to występ udany. Udany, aczkolwiek nie do końca. Po pierwsze - spodziewałem się bardziej żywiołowych reakcji publiczności na tym koncercie. Po drugie - nie sposób było wychwycić słowa piosenek, bo wokal nikł gdzieś w hałasie innych instrumentów. Po trzecie - trochę zażenowała mnie śmiała deklaracja wokalisty, który pytał się skandującej publiczności: "Głośniej wokal czy bój się Boga?", a po chwili dodał "Boga nie ma". Było jednak sporo pozytywów. Przede wszystkim - utwory z ostatniej płyty zabrzmiały o wiele bardziej rockowo niż w wersji studyjnej. Wybrzmiały też oczywiście stare dobre hity, a w tym m.in. "Armia zbawienia", "Hej chłopcze", czy "Butelki z benzyną i kamienie".

Po występie Cool Kids Of Death nie opłacało się już iść na California Stories Uncovered, ponieważ o 21:15 miał nadejść ten najbardziej przeze mnie oczekiwany moment drugiego dnia festiwalu. Przed występem Interpol musiałem przebijać się przez tłumy. Nie było łatwo, ale udało się zdążyć na początek koncertu. Nie było mowy o żadnym opóźnieniu. Wyszli na czas, oczywiście jak zwykle w czarnych garniturach i jak zwykle zaczęli od "Pioneer To The Falls". Później znów, jak w przypadku piątkowych wielkich koncertów, wszystko potoczyło się bardzo szybko: "Slow Hands", "PDA", "C'mere"… Ale w pewnym momencie nastąpiło nieoczekiwane zwolnienie. W życiu bym się nie spodziewał, że gdzieś w połowie koncertu wybrzmi utwór "The Lighthouse" z ostatniej płyty. To najbardziej nastrojowa piosenka, jaką Interpol w ogóle kiedykolwiek wydał. I jakże pięknie zabrzmiała w ten cudowny wieczór! To zdecydowanie najlepszy moment koncertu!
Potem była jeszcze jedna niespodzianka - "Not Even Jail" - utwór jeszcze przeze mnie w pełni nie odkryty. Bardzo się cieszę, że zagrali energetyczne "Mammoth". Nie mogło oczywiście zabraknąć "Rolanda" z polskim akcentem. Ten utwór na koncercie zabrzmiał o wiele bardziej energetycznie niż na płycie! I to właśnie na nim zakończyła się główna część koncertu.
Na całe szczęście Interpol, w przeciwieństwie do Editorsów, wyszedł na bisy i zagrał to po czym w tamtej chwili odczuwałem największy niedosyt - "NYC"! Kolejny przepiękny moment! A na koniec "The Heinrich Maneuver" i już żadnego niedosytu nie było. A przecież można byłoby wyliczać: szkoda, że nie było "The New", szkoda że nie było "Take You On A Cruise", szkoda że nie było "Hands Away"… Ale i tak było świetnie!

Wraz z drugim zejściem Interpol ze sceny w zasadzie skończyła się dla mnie najważniejsza część festiwalu. Dlatego też pozostałem pod główną sceną i zobaczyłem fragment koncertu Jay-Z. Wypadł całkiem nieźle, ale nie dotrwałem do końca, bo o północy w namiocie swój występ zaczynali Sex Pistols. Kiedy dotarłem na miejsce, pod namiotem zastałem tłumy ludzi. Na początku pozostałem na dworze, bo stamtąd doskonale było widać wszystko na telebimach, ale poza namiotem ciężko było uchwycić to co najważniejsze… Johnny Rotten wyszedł na scenę w szlafroku i pokazał, że ma w sobie tyle energii, co za dawnych lat. Zachowywał się dokładnie tak, jak się po nim spodziewałem, a więc jak podstarzały gwiazdor. Koncert był pewnego rodzaju manifestem humoru. Centralnym punktem wieczoru był kawałek "No Fun", przed którym Rotten zachęcał polaków do większego optymizmu i wyzbycia się nieśmiałości. Wcześniej kilkakrotnie dłubał w nosie, pokazywał swój podpasiony brzuch i wykonywał inne podobne gesty. Mimo, że koncert ten to był przede wszystkim show wokalisty, to jednak trzeba przyznać, że był to obok The Raconteurs jeden z najbardziej energetycznych występów na tegorocznym Open'erze. Nie zabrakło oczywiście "God Save The Queen" (wstyd się przyznać, ale jedynego utworu, który kojarzyłem przed koncertem). Zespół dwukrotnie wracał na scenę. Podczas drugiego wejścia przynieśli nawet ręczniki dla publiczności.

O godzinie 2:00 na scenie pod namiotem pojawił się rosyjski zespół Everything Is Made In China. Zostali przyjęci bardzo entuzjastycznie. Zagrali znakomity koncert, jeden z najlepszych tego dnia. Byli bardzo zaskoczeni aplauzem jaki dostali. Do tego stopnia, że tak samo jak Sex Pistols, dwukrotnie wracali na scenę żeby grać bisy. Niestety nie miałem czasu, żeby zapoznać się z tym zespołem przed koncertem, ale to może i lepiej, bo gdy po koncercie sięgnąłem po płytę, bez trudu odnalazłem utwory, który najbardziej wbiły mi się w pamięć. Były to "Buy 4 Take One Free" i "After Rock". Koncert był bardzo ciekawie zaaranżowany. W tle były puszczane wizualizacje. Koncert rozpoczęło intro, które na płycie jest outrem.
Zastanawiam się tylko, czy Everything Is Made In China zebraliby taki aplauz gdyby grali 8 godzin wcześniej. Wierzę, że tak by właśnie było.

Trzeci dzień zapowiadał się najmniej ciekawie, ale tego dnia zaliczyłem aż 11 koncertów! Zacząłem już o 16 od zespołu Setting The Woods On Fire. To jedyna polska grupa, o której słyszałem, która gra prawdziwe emo. Wypadli bardzo ciekawie, ale to był jedyny koncert, na którym prawie wszyscy siedzieli. To mnie trochę zdziwiło, ale kiedy spojrzałem za siebie, ujrzałem tłumy ludzi, które przyszły zobaczyć ten zespół. Nie jest to łatwa muzyka i na pewno nie jest ona popularna w Polsce, więc myślę, że ten zespół nie będzie miał łatwo się przebić. Ale przecież tego typu zespoły zwykle najlepiej czują się w Undergroundzie.
W następnej kolejności udałem się na Hatifnats. W pierwszej chwili chciałem iść w tym czasie na Gasoline, bo piosenki, które ten zespół zamieścił na myspace bardzo mi się spodobały, ale w końcu poddałem się presji i obejrzałem ten bardziej znany zespół. I nie żałuję. Zagrali naprawdę znakomity koncert. Wszystkie piosenki wykonywali po angielsku, co mnie bardzo cieszy, bo świadczy o ich konsekwencji. Grali muzykę melodyjną, podobną do The Music. To skojarzenie nasuwa się w sposób oczywisty, bo wokalista ma głos bardzo podobny do Roberta Harvey'a.
To jedno z moich największych odkryć tego festiwalu.

Po Hatifnats nie było niestety nic ciekawego, więc usiedliśmy z kolegą na trawce pod Sceną Młodych Talentów i wysłuchaliśmy Bajzela, który stał sam z gitarą na scenie i śpiewał, że coś go swędzi.
O 19 na Scenie Głównej miał pojawić się zespół Lao Che. Wróciłem więc na chwilę pod namiot, żeby wysłuchać fragmentu koncertu Benzyny. Grali porządną rockową muzykę, ale nie mogłem wysłuchać całego koncertu.
Scena Główna przystrojona była włóknianymi dekoracjami, co przywoływało na myśl klimaty Bliskiego Wschodu. Wreszcie na scenę wyszło dziesięciu facetów z różnymi dziwnymi instrumentami. Pierwszym utworem, który wybrzmiał było "Bóg zapłać". Od razu z głośników spłynęło na ludzi mnóstwo pozytywnej energii. Kolejny utwór był jeszcze bardziej energetyczny. Jednocześnie był to jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie fragmentów koncertu - "Czarne kowboje". Potem "Zbawiciel diesel" i zmiana klimatów na bardziej… warszawskie. Później przeplatały się utwory z dwóch ostatnich płyt. Utwory na koncercie brzmiały jeszcze lepiej niż na płytach! Szczególnie "Stare miasto", "Chłopacy" i "Drogi panie". Klawiszowiec oczywiście dopowiadał wszystkie teksty pijaczka. Brakowało trochę momentu zaskoczenia. Wokalista "Spięty" zapowiadał większość piosenek ("piosenka o Jezusie Chrystusie", "piosenka o Noem"), ale w przypadku takiego koncertu nie jest to istotne. "Hydropiekłowstąpienie" wybrzmiało gdzieś w połowie koncertu, ale akurat w przypadku tego utworu wykonanie koncertowe nie różniło się prawie w ogóle od tego z płyty.
Zakończyli koncert utworem… "Koniec". A później wyszli na bisy i zagrali jeden z najlepszych fragmentów koncertu. Najpierw "Paciorek" w znakomitym wykonaniu, a potem "Hiszpan".
Szczerze mówiąc Lao Che pokazali więcej niż się po nich spodziewałem. To była z pewnością jedna z największych niedzielnych atrakcji.
Ale nie ostatnia.

Po Lao Che wstąpiłem na chwilę do namiotu, żeby wysłuchać fragmentu koncertu zespołu Kobiety. Akurat trafiłem na utwór, który znałem z Trójki ("Bi Automat"). Zespół wypadł na koncercie bardziej rockowo niż w utworach, które słyszałem.
Następnie wróciłem pod główną scenę, żeby zobaczyć Goldfrapp. Wokalistka weszła na scenę ze sporym opóźnieniem. Rozpoczęła bardzo łagodnie. Szczególnie w pamięć zapadł mi utwór "Cologne Cerrone Houdini". Później było już trochę bardziej żywo i elektronicznie. Po wysłuchaniu "Caravan Girl" udałem się w stronę namiotu.
Kolejnym zespołem, który tam grał, był Oszibarack. Na ten zespół absolutnie nie miałem ochoty iść, ale przekonali mnie znajomi. Nie jest to co prawda muzyka, której słucham na co dzień, ale koncert bardzo mi się spodobał. Pierwsze utwory zagrane były dosyć standardowo (gitara basowa + klawisze + perkusja + wokal wokalistki). Potem na scenę weszli kolejni członkowie zespołu z instrumentami dętymi. Wszystko to utrzymane było w klimatach elektronicznych. Główną zaletą koncertu był świetny klimat, a także głos (i uroda) wokalistki (kiedyś śpiewała w Husky).

Wychodziłem z namiotu przy dźwiękach Massive Attack. Podszedłem bliżej sceny, żeby obejrzeć fragment tego koncertu i nie żałowałem. Klimaty były może trochę zbyt senne, ale z pewnością był to koncert z przesłaniem. W tle wyświetlane były cytaty różnych myślicieli, polityków i pisarzy, dotyczące wolności, demokracji i innych globalnych spraw.
Nie zostałem na Massive Attack długo, bo o północy miał się rozpocząć jeden z najciekawszych dla mnie koncertów tego dnia - Ścianka.
Spóźnili się kilka minut, ale jak weszli na scenę, od razu wzbudzili moją sympatię. Najbardziej w pamięć wbiły mi się momenty, kiedy Michał Biela sięgał po cymbałki, albo dzwonki chromatyczne, żeby wybrzdąkać na tych instrumentach kilka łagodnych dźwięków. Minutę później wybrzmiewał już miły dla ucha chaotyczny hałas. Niestety zespół zagrał dosyć krótko. Na bisie zagrali tylko jeden utwór i spuentowali koncert słowami: "Kończymy już, bo spóźnicie się na The Chemical Brothers". Bez komentarza.

Bez komentarza skwituję też występ tej "największej gwiazdy" festiwalu. Fakty były takie: spóźnili się pół godziny, z daleka nie widać było w ogóle czy są na scenie, czy nie, grali monotematyczną łupankę uatrakcyjnioną wizualizacjami, które rozszywały ciemności.

To nie było dobre zakończenie tego znakomitego festiwalu, ale… dla mnie zakończeniem był koncert Ścianki. Najlepszym możliwym zakończeniem :)
A ja zakończę słowami, które w przypadku tego festiwalu są zawsze aktualne:

"Tu wszystko się kończy i zaczyna
Gdańsk Sopot Gdynia"


Za rok też tam będę!