5 wrz 2009

Razorlight na Orange Warsaw Festival 2009

Dwie godziny temu wróciłem z koncertu Razorlight. Jeszcze pół roku temu wiele bym dał, żeby znaleźć się na ich koncercie. Świetna płyta "Slipway Fires", tak na prawdę pierwsza ich płyta, która mnie w całości przekonała. Kilka znakomitych fragmentów i dwa wielkie przeboje na mojej liście ("Wire To Wire", "Stinger").
W tej sprawie nic się od tego czasu nie zmieniło. Mimo to wcale nie poszedłem na ich koncert niesiony jakąś szczególną ekscytacją. I chyba dobrze na tym wyszedłem.

Ludzi co prawda nie było tyle, ile przyszłoby zobaczyć ich grających koncert na Open'erze. Stojąc z tyłu można było odnieść wrażenie, że ludzi jest zaledwie garstka (zachowując odpowiednie, festiwalowe proporcje). Idąc na koncert mijałem duże rzesze ludzi przemieszczające się w przeciwną stronę. Może więc trafionym pomysłem była późna pora tego koncertu. Pozostali tylko ci, którzy naprawdę chcieli ich zobaczyć.

Zaczęło się od półgodzinnego opóźnienia. Widać jednak podejście do darmowej imprezy jest nieco inne niż np. do takiego Open'era, gdzie większość koncertów rozpoczyna się zgodnie z planem.
Kiedy wreszcie wyszli, pierwsze co rzuciło się w oczy to... oczy Johnny'ego Borrella, które wyglądały tak, jakby muzyk dosyć ostro zabawł się przed koncertem. Zresztą podobnie było z jego głosem. Wokalista nie był w stanie wyciągnąć niektórych partii wokalnych, a kilkakrotnie zdarzało mu się nawet zafałszować.

Pewien niesmak pozostał, ale mimo wszystko całość wypadła pozytywnie. Zabrakło "Stinger", ale tak poza tym usłyszałem wszystkie moje ulubione kawałki. Zespół był w stanie przelać ten niesamowity nastrój z płyt na scenę. Szczególnie podobała mi się druga połowa koncertu, kiedy to po kolei wybrzmiały: "Wire To Wire", "Blood For Wild Blood", "Hostage Of Love" i "America" (być może coś jeszcze było pomiędzy, ale tego już niestety nie pamiętam).

Na pewno warto było pójść na ten koncert. I to bynajmniej nie z tego powodu, że nie trzeba było za niego płacić.
Zorganizowanie takiego koncertu w samym centrum stolicy było trafionym pomysłem. To niesamowite, że miejsce, które na codzień wywołuje niesmak, nagle zamienia się w festiwalową scenę - coś zupełnie oderwanego od codzienności. Oby ta magia pozostała tam jak najdłużej.

29 lis 2008

Najbardziej oczekiwany album roku

Coma
"Hipertrofia"



Tracklista

1. Party
2. Wola istnienia…
3. After party
4. Lśnienie
5. Diagnoza
6. Transfuzja
7. Przesilenie
8. Nadmiar
9. Nowe tereny migreny
10. Trujące rośliny
11. Ciągi i pociągi
12. Osobowy
13. Loty i odloty
14. Emigracja
15. Stosunek do służby wojskowej
16. Zero osiem wojna
17. Polish Ham
18. Pożegnanie z mistrzami
19. Chrum!
20. Świadkowie schyłku czasu królestwa wiecznych chłopców
21. Koniec pewnego etapu

1. Początek pewnego etapu
2. Ekhart
3. Na na na na
4. Zamęt
5. Zwalniamy
6. Widokówka
7. Przestrzeń nie-rzeczywista
8. Parapet
9. Popołudnia bezkarnie cytrynowe
10. Ślimak
11. Cisza i ogień
12. Epilog ze starym prykiem
13. Archipelagi
14. Recykling


Komentarz:

Nadeszła pora, żebym się wreszcie wypowiedział na temat nowego albumu Comy.
Oczekiwania oczywiście były ogromne, ale z drugiej strony ciężko mi było sobie wyobrazić, żeby taki zespół jak Coma wydał słabą płytę. Dlatego też obaw żadnych nie miałem.
Gdy zobaczyłem tracklistę z 31 utworami, z początku pojawiło się niedowierzanie. Nie wydawało się prawdopodobne, żeby zespół w dwa lata napisał aż tyle utworów na poziomie tych z poprzednich płyt…
Po jakimś czasie dotarło do mnie, że połowa tytułów z tracklisty, to wcale nie są utwory.
Od tego czasu nie mogłem się doczekać pierwszego przesłuchania płyty.

Długo się do tego przymierzałem. Próbowałem ugryźć "Hipertrofię" od wielu stron. Dlatego też, gdy wreszcie dostałem oryginalną płytę na urodziny, znałem już sporo utworów. Ale to w tej chwili już nie ma znaczenia. Wpłynęło to tylko na to, że pierwsze przesłuchanie nie było takie emocjonujące.
Ale dzięki temu, że wiedziałem czego się spodziewać, płyta jako całość olśniła mnie od razu. I to nie tylko okładką, która z początku mnie zadziwiła, ale przede wszystkim od strony muzycznej i konceptowej.

Ta muzyka uzależnia. Uzależnia o wiele bardziej niż dwie poprzednie płyty. Uzależnia muzyka, ale w największym stopniu uzależniają teksty. To właśnie teksty stanowiły dla mnie największą zagadkę podczas oczekiwania na nową płytę. Bo przecież to one są najważniejsze w muzyce Comy. W dodatku bardzo często są one mi bardzo bliskie. Na tej płycie chyba jeszcze bardziej, niż na wcześniejszych. Poezja Roguckiego staje się coraz bardziej dojrzała wraz z upływem lat. Teksty są jak zwykle zawiłe i bardzo często dwuznaczne, co implikuje utworzenie się pewnej aury tajemniczości, która towarzyszy nam szczególnie na drugiej płycie.

No właśnie… Druga płyta jest moim zdaniem nieco ciekawsza od pierwszej. Coma wchodzi w obszary, w jakie do tej pory się nie zagłębiała. O ile o pierwszej płycie można powiedzieć, że jest ostra brzmieniowo, dosyć jednoznaczna od strony tekstowej, a przede wszystkim w dużym stopniu utrzymana w starym stylu, to o drugiej płycie ciężko jest powiedzieć cokolwiek jednoznacznie. Najlepszym przykładem tych wątpliwości jest utwór wprost zatytułowany "Zamęt", albo najbardziej poetycki utwór w całej dotychczasowej dyskografii Comy - "Parapet".

Czytając teksty, można w pierwszej chwili odnieść wrażenie, że na żółtym krążku pojawiła się wreszcie spora dawka optymizmu, ale dwuznaczność tekstów oraz warstwa muzyczna w pełni zamazują to wrażenie. Najlepszym przykładem tej dwuznaczności jest jeden z najlepszych utworów na płycie - "Popołudnia bezkarnie cytrynowe".
Ukojenie przynosi dopiero jedna z dwóch najdłuższych kompozycji na płycie - "Cisza i ogień". Album kończy się jednak, jak zwykle, pesymistycznie. "Archipelagi" są odpowiednikiem "Schizofrenii" z poprzedniej płyty. Porównując te dwa utwory, wyraźnie widać różnice pomiędzy tymi dwiema płytami. Do zastanowienia skłania też outro "Recykling".

Czarny krążek jest o wiele łatwiejszy w odbiorze. Dwa pierwsze utwory - "Wola istnienia…" i "Lśnienie" uzależniają swoją melodyjnością i przystępnością. Potem wybucha "Transfuzja" - najbardziej energetyczny utwór na płycie. Kolejne utwory przypominają trochę mieszankę materiału z poprzednich płyt. Uwagę zwracają przede wszystkim "Emigracja" i "Osobowy", które doskonale wplatają się w koncept. "Emigracja" w pierwszej chwili budzi odrazę, ale jest to oczywiście celowy zabieg. Z pozostałych utworów wyróżnić warto "Trujące rośliny" i - w szczególności - "Świadkowie schyłku czasu królestwa wiecznych chłopców", jak dla mnie jeden z najlepszych utworów na tym albumie.
Pierwsza płyta jest więc trochę bardziej stonowana pod względem emocjonalnym niż druga. Nie ma tutaj tyle pesymizmu, co na "Zaprzepaszczonych siłach…". Największą zaletą jest utrzymywanie klimatu, za pomocą dobrze obmyślanego konceptu.

Na pewno jeszcze długo będę się osłuchiwać z "Hipertrofią". Bardzo się cieszę, że mimo tak dużej ilości materiału, udało się Comie zachować poziom. Co więcej, wydaje mi się, że ta płyta jest lepsza niż "Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków" i na pewno dojrzalsza niż "Pierwsze wyjście z mroku".

Teraz tylko pozostaje mi czekać na koncert. Jeśli nie w lutym w Warszawie, to może w jakimś innym mieście. Tej trasy koncertowej nie wypada przegapić...

10 wrz 2008

Staind po raz szósty, czyli kolejna iluzja postępu

Staind
"The Illusion Of Progress"



Tracklista

1 "This Is It" - 3:46
2 "The Way I Am" - 4:18
3 "Believe" - 4:17
4 "Save Me" - 4:52
5 "All I Want" - 3:29
6 "Pardon Me" - 5:02
7 "Lost Along The Way" - 4:19
8 "Break Away" - 4:09
9 "Tangled Up In You" - 4:35
10 "Raining Again" - 3:53
11 "Rainy Day Parade" - 4:16
12 "The Corner" - 5:17
13 "Nothing Left To Say" - 4:40

Bonusy

"It's Been Awhile (Acoustic Version from the Hiro Ballroom)" [Limited Edition] - 4:49
"Devil (Acoustic Version from the Hiro Ballroom)" [Limited Edition] - 5:18
"Schizophrenic Conversations (Acoustic Version from the Hiro Ballroom)" [Limited Edition] - 4:46
"The Truth" [iTunes Deluxe Edition][3] - 4:42
"Something Like Me" [iTunes Pre-Order Deluxe Edition][4] - 4:52

Kilka słów ode mnie...

Szósta już płyta studyjna zespołu Staind wbrew tytułowi nie jest krokiem na przód. Na "The Illusion Of Progress" muzycy kontynuują to, co tworzyli na poprzednich płytach. Przyznam, że nie jest to dla mnie wielka niespodzianka. Już po usłyszeniu pierwszego singla było jasne, że po raz kolejny na płycie znajdzie się kilkanaście melancholijnych piosenek uszlachetnionych świetnym wokalem Aarona Lewisa.

Mimo, że od kilku płyt Staind brzmi praktycznie tak samo, wsłuchując się w ich muzykę, można odkryć sporą różnorodność brzmieniową poszczególnych płyt, jak i również pewne okresowe tendencje. Pierwsze płyty były ostrzejsze. "14 Shades Of Grey" była najbardziej przebojowa. Kto nie słyszał takich hitów jak choćby "So Far Away" czy "Blow Away"? Z kolei "Chapter V" była najbardziej melancholijna i przepełniona emocjami.

Jaka jest nowa płyta? Po pierwszym przesłuchaniu ciężko powiedzieć. Uwagę zwraca niestety niewielkie zróżnicowanie materiału. Mam nadzieję, że po kilku przesłuchaniach zmieni się moje zdanie odnośnie tego aspektu. Na szczęście już po pierwszym przesłuchaniu zwróciłem uwagę na kilka utworów. Szczególnie polecam otwierający płytę "This Is It" (prawdopodobnie drugi singiel), "Break Away" - z tych cięższych, oraz ballady "Pardon Me" i "Tangled Up In You".

Nie oszukujmy się, w przypadku tego zespołu nie można mówić o niczym nowym, o jakichś wyraźnych zmianach w brzmieniu. Dlatego też w niemalże każdym utworze można odnaleźć jakieś podobieństwo do wcześniejszych dokonań grupy. Za to tutaj bardzo istotną rolę odgrywają teksty. Przestudiowałem je co prawda niezbyt dokładnie, ale jeden z nich szczególnie poraził mnie swoją prostotą ("All I Want"). W utworach Staind dominuje smutek i ból. Tak było zawsze i dlatego tworzą tak piękną muzykę. Jednak nie jest to jakiś paniczny ból rodem z Alice In Chains. Jest tutaj sporo światła i optymizmu. Ta muzyka ma w sobie siłę! Jest to doskonały materiał na jesienne wieczory, na nocne spacery. Coś co daje wytchnienie. Dlatego też mimo, że Staind się nie zmienia, dopóki będzie tworzyć piękną muzykę, zawsze będę po nich sięgać. I to, że jakikolwiek postęp jest tylko iluzją, pozostaje dla mnie bez znaczenia.

Wkrótce pare słów o nowych płytach Shinedown i 3 Doors Down.

30 lip 2008

The Mars Volta i Apocalyptica w Warszawie

W tym tygodniu zaczęła się druga część tegorocznego sezonu koncertowego. Rozpoczął ją w warszawskiej Stodole zespół The Mars Volta. Długo się wahałem, czy iść na ten koncert, aż w końcu pod wpływem impulsu, na dzień przed moim ostatnim wyjazdem w góry, kupiłem bilet. Nie byłem dobrze przygotowany. Ściągnąłem dwie pierwsze płyty zespołu dopiero na dzień przed koncertem. Jeszcze przed przesłuchaniem płyty "De-Loused In The Comatorium" wpadły mi w ucho dwa kawałki z tego albumu - "Intertiatic ESP" i, przede wszystkim znany mi już wcześniej z... zestawu do głosowania LP3 "Televators". Niestety, a może i dla mnie - na szczęście, na koncercie zespół nie zagrał absolutnie nic z pierwszej płyty. Z drugiej zagrali tylko dwa utwory, w tym kultowy "The Widow".

Ale po kolei...
Jak zwykle w takich sytuacjach, z domu wyszedłem późno. Bałem się, że ominie mnie początek koncertu. Przyszedłem z około dziesięciominutowym spóźnieniem, ale zespołu jeszcze na scenie nie było. I nie było jeszcze przez długi czas... Weszli na scenę ze sporym spóźnieniem. Zaczęli od "Goliatha". Już po pierwszych dźwiękach odczułem, że z nagłośnieniem jest coś nie tak. Głos wokalisty Cedrica Bixlera-Zavali momentami brzmiał jak rozpaczliwy krzyk zarzynanego kurczaka. Koncert rozkręcił się dopiero, gdy przeszli płynnie na improwizacje. Świetne solówki Omara Rodrigueza-Lopeza oraz znakomite partie saksofonowe, to z pewnością najznamienitsze ozdoby tego koncertu. Rozkręcili się szybko. Do tego stopnia, że "Goliath" trwał około 20 minut. Ciężko było to odczuć komuś, kto nie zna dogłębnie wszystkich dzieł zespołu. Gdy znów pojawił się motyw z tytułowej piosenki z ostatniej płyty, byłem zaszokowany, bo według moich kalkulacji zespół powinien rozpoczynać właśnie utwór numer cztery...

Po świetnej końcówce "Goliatha" wybrzmiał utwór "Viscera Eyes", którego... nie rozpoznałem. Z jednej strony to dziwne, bo znam ten utwór już od dawna. Ale nie sposób było wychwycić jakiekolwiek słowa z tego pisku Cedrica...
Na szczęście zaraz potem nadszedł świetny "Wax Simulacra", który momentalnie poprawił mi nastrój. Zaraz potem wybrzmiał kawałek, który najbardziej chciałem usłyszeć na tym koncercie. "Ouroboros"! Problemy z nagłośnieniem przestały być w ogóle odczuwalne! Słyszałem tylko dobrze znane piękno tej muzyki... I wtapiałem się w jej rytm...
Potem przyszedł czas na najbardziej zwariowaną część koncertu. Dwa utwory pod rząd: "Ilyena", "Cygnus... Vismund Cygnus"... Mnóstwo improwizacji, eksperymentów... Zespół zabrał publiczność w fascynującą muzyczną podróż. Aż wreszcie zwolnili. A dotychczas zwalniali tylko w przerwach pomiędzy utworami. Nie pozwalali, by sala wypełniła się ciszą.
Ale ta przerwa była wyjątkowa...
Po niej musiało nadejść coś wyjątkowego...
I nadeszło.
Ale najpierw wybrzmiało kilka tajemniczych dźwięków. To był idealny moement, żeby TO zagrać! Aż strach się bać, co by było, gdyby w tamtym momencie tego nie zagrali.
Ale po chwili Cedric zagłuszył coraz mocniej dającą o sobie znać ciszę słowami "He's got fasting black lungs", a mnie przeszedł dreszcz...
To był najwspalnialszy moment tego koncertu.

Po znakomitym wykonaniu "The Widow" nastąpiło coś jeszcze lepszego. "Aberinkula"! Ten utwór, który otwiera najnowszą płytę. Ale na koncercie zabrzmiał o wiele lepiej niż na płycie! Ależ się w tamtym momencie ten koncert rozkręcił. Cały czas marzyłem, żeby usłyszeć "Televators", ale to nie był odpowiedni czas... Teraz powinno wybrzmieć coś bardziej żywego.
Jednak gdy skończyli grać "Aberinkulę", Cedric niespodziewanie pożegnał się z publicznością i zszedł ze sceny.
Jeszcze wówczas liczyłem na bisy, bo przecież podobnie się czułem na Open'erze, kiedy to po "Blue Veins" zespół The Raconteurs opuścił scenę.
Ale wówczas jeszcze nie wiedziałem, że The Mars Volta z zasady bisów nie gra. Wkurzyłem się, gdy zaraz po zejściu muzyków ze sceny, pojawili się tam ludzie i zaczęli zwijać interes...
Jak oni mogli skończyć w takim momencie? Przecież wszyscy zapowiadali trzygodzinną muzyczną ucztę...
Wychodząc z koncertu po raz pierwszy w życiu włożyłem na uszy słuchawki.

Dopiero gdy wróciłem do domu dowiedziałem się, że brak bisów nie był jakąś wyjątkową nieuprzejmością względem polskich fanów i na trzeźwo oceniłem koncert jako udany. Ale czy wart aż tak grubych pieniędzy? Kosztował tyle samo ile najlepszy z moich dotychczasowych koncertów. Tyle że wówczas na scenie zagrały trzy znakomite zespoły, Editorsi byli w świetnej formie, a nagłośnienie aż tak nie dokuczało.
Jednak to co zdarzyło się w niedzielę, rozwiało wszelkie moje wątpliwości, że było warto zapłacić te pieniądze.
O tym dowiedziałem się dopiero w nocy, po koncercie The Mars Volty. Do Polski przyjeżdżał zespół Apocalyptica na DARMOWY koncert, który miał być częścią obchodów 64 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Koncert ten był częścią trasy koncertowej promującej ich najnowszy album "Worlds Collide". Album, który po pierwszym przesłuchaniu bardzo mi się spodobał, ale do dziś do niego nie wróciłem. Po prostu rzadko mam ostatnio ochotę na takie klimaty.

Ale w końcu poszedłem na ten koncert i nie żałowałem. Na początku grała Armia. Nie zależało mi jakoś specjalnie na tym zespole, więc przyszedłem jedynie na kilka ostatnich kawałków, a potem już z utęsknieniem wyczekiwałem gwiazd wieczora. A gwiazdy z pewnością sprostały oczekiwaniom.
Nie sprostali za to oczekiwaniom organizatorzy, którzy w przerwie puszczali hity rodem z Radia Zet, czy nawet Radia Eska... Na szczęście bardzo wiele osób z publiczności popisało się bardzo dobrym poczuciem humoru ;)
To był mój pierwszy metalowy koncert, ale nie różnił się on zbytnio od tych, na których byłem dotychczas. Ale Apocalyptica typowym metalowym zespołem nie jest. Zachowywali się jak metalowcy. W charakterystyczny sposób kręcili włosami szalejąc przy swoich wiolonczelach. Dużo mówili pomiędzy utworami. Mówili o Polsce, o Powstaniu i przede wszystkim o swoich kawałkach. Zachowywali się jak prawdziwe gwiazdy, ale jednocześnie zachowywali umiar. Trudno było nie patrzeć na nich z podziwem. Brakowało im tylko wokalisty, ale przy coverach Metalliki nie mieli większych trudności ze znalezieniem takowego (a nawet takowych ;)
Jednym z najpiękniejszych momentów było znakomite wykonanie "One" z poprzedzającą ten utwór antywojenną wstawką słowną.
Zabrakło "Path", na które czekałem, ale za to wybrzmiały instrumentalne wersje "Bittersweet" i "Life Burns!". Nie zabrakło także sztandarowych utworów z ostatniej płyty - tytułowego "Worlds Collide" (chyba obok "Path" mój ulubiony kawałek Apocalyptiki!), genialnego "Last Hope", czy też wiolonczelowej wersji "Helden" Davida Bowie. Z repertuaru Metalliki oprócz "One" zagrali jeszcze "Seek and Destroy", a na pierwszym bisie "Nothing Else Matters" i "Enter Sandman".
Na drugim - coś z klasyki - znaną melodię "In the Hall of the Mountain King" Edvarda Griega.
Na zakończenie wybrzmiał świetny utwór "Seemann" - cover Rammstein.
Ale to nie było wszystko... Po 23 zostałem, żeby obejrzeć "Księgę Eklezjastesa" - wzruszający monogram w reżyserii Piotra Cieplaka.
I tak dobiegł końca ten muzyczny lipcowy weekend.

12 lip 2008

Open'er 2008 - część 2/2

Po pierwszym dniu festiwalu czekałem już tylko na Interpol. Reszta zespołów była dla mnie jedynie ciekawym dodatkiem. Z oczywistych powodów dzień rozpoczął się dla mnie koło godziny 13. O 16 byłem już na terenie festiwalu, żeby zaliczyć koncert zespołu Radio Bagdad. Niestety zamiast rockowego zespołu, na scenie pojawiło się dwóch raperów z Second Hand. To było pierwsze, ale nie ostatnie rozczarowanie tego dnia. W takim układzie o godzinie 17 zaczynały się dwa koncerty, na które chciałem pójść - Radio Bagdad i Rotofobia. Postanowiłem zaliczyć oba koncerty i wyszedłem na tym bardzo dobrze. Muzycy z Radio Bagdad rozpoczęli punktualnie o 17. Jak na debiutantów zagrali bardzo dojrzale. Z dużą przyjemnością wysłuchałem ich koncertu, a szczególnie mojego ulubionego utworu "Czas naszych czasów". Kiedy dostałem wiadomość od znajomych, którzy siedzieli z tyłu, że przeszli już pod namiot, gdzie grała Rotofobia, bez wahania dołączyłem do nich. Już wcześniej wielokrotnie wsłuchiwałem się w te utwory, które umieścili w internecie. To był jeden z najlepszych koncertów na festiwalu. Zdążyłem na wszystkie utwory, których chciałem wysłuchać (z "Neonami" i "Warszawą" na czele). Pozostałe również przypadły mi do gustu. Mam nadzieję, że w przyszłości Rotofobia będzie tworzyć więcej piosenek z polskim tekstem, bo te im zdecydowanie najlepiej wychodzą.

Kolejnym koncertem, który zaliczyłem tego dnia, był występ zespołu New York Crasnals. Po tym, czego doświadczyłem słuchając ich kawałków w internecie, spodziewałem się po nich sporo. Prezentują oni styl zbliżony do Toola (szczególnie utwór "Radiot" przypomina mi dokonania zespołu Maynarda Jamesa Keenana). Niestety wypadli poniżej oczekiwań. Zdecydowanie najlepsza była sama końcówka koncertu. Przedostatnim kawałkiem, który zagrali, był ich najbardziej znany numer - "No Time". Ostatni utwór na koncercie zabrzmiał fantastycznie. Do tego stopnia, że przez następne kilkadziesiąt minut chodził mi po głowie. Niestety w tej chwili nie pamiętam już co to był za utwór. Całe szczęście, że na ich płycie jest sporo bardzo ciekawych kompozycji.
O 20 na tej samej scenie (Młodych Talentów) miał zagrać kolejny wyczekiwany przeze mnie zespół - California Stories Uncovered. I zagrał, ale w skutek niespodziewanej zmiany w programie koncertów na głównej scenie, nie mogłem uczestniczyć w tym koncercie…

Według pierwotnego rozkładu koncertów, pomiędzy występem New York Crasnals a California Stories Uncovered nie było nic ciekawego, więc teoretycznie miałem ponad godzinną przerwę. Udałem się więc na posiłek do miasteczka festiwalowego i dopiero sms z drugiej ręki uświadomił mnie o tym, że Cool Kids Of Death zagrają o 19:30 na głównej scenie, a nie tak jak pierwotnie miało być - o 1:00.
Na ich koncert też chciałem iść, bo ostatnia płyta "Afterparty" bardzo mi się spodobała. Przyszedłem spóźniony o kilkanaście minut. A był to występ udany. Udany, aczkolwiek nie do końca. Po pierwsze - spodziewałem się bardziej żywiołowych reakcji publiczności na tym koncercie. Po drugie - nie sposób było wychwycić słowa piosenek, bo wokal nikł gdzieś w hałasie innych instrumentów. Po trzecie - trochę zażenowała mnie śmiała deklaracja wokalisty, który pytał się skandującej publiczności: "Głośniej wokal czy bój się Boga?", a po chwili dodał "Boga nie ma". Było jednak sporo pozytywów. Przede wszystkim - utwory z ostatniej płyty zabrzmiały o wiele bardziej rockowo niż w wersji studyjnej. Wybrzmiały też oczywiście stare dobre hity, a w tym m.in. "Armia zbawienia", "Hej chłopcze", czy "Butelki z benzyną i kamienie".

Po występie Cool Kids Of Death nie opłacało się już iść na California Stories Uncovered, ponieważ o 21:15 miał nadejść ten najbardziej przeze mnie oczekiwany moment drugiego dnia festiwalu. Przed występem Interpol musiałem przebijać się przez tłumy. Nie było łatwo, ale udało się zdążyć na początek koncertu. Nie było mowy o żadnym opóźnieniu. Wyszli na czas, oczywiście jak zwykle w czarnych garniturach i jak zwykle zaczęli od "Pioneer To The Falls". Później znów, jak w przypadku piątkowych wielkich koncertów, wszystko potoczyło się bardzo szybko: "Slow Hands", "PDA", "C'mere"… Ale w pewnym momencie nastąpiło nieoczekiwane zwolnienie. W życiu bym się nie spodziewał, że gdzieś w połowie koncertu wybrzmi utwór "The Lighthouse" z ostatniej płyty. To najbardziej nastrojowa piosenka, jaką Interpol w ogóle kiedykolwiek wydał. I jakże pięknie zabrzmiała w ten cudowny wieczór! To zdecydowanie najlepszy moment koncertu!
Potem była jeszcze jedna niespodzianka - "Not Even Jail" - utwór jeszcze przeze mnie w pełni nie odkryty. Bardzo się cieszę, że zagrali energetyczne "Mammoth". Nie mogło oczywiście zabraknąć "Rolanda" z polskim akcentem. Ten utwór na koncercie zabrzmiał o wiele bardziej energetycznie niż na płycie! I to właśnie na nim zakończyła się główna część koncertu.
Na całe szczęście Interpol, w przeciwieństwie do Editorsów, wyszedł na bisy i zagrał to po czym w tamtej chwili odczuwałem największy niedosyt - "NYC"! Kolejny przepiękny moment! A na koniec "The Heinrich Maneuver" i już żadnego niedosytu nie było. A przecież można byłoby wyliczać: szkoda, że nie było "The New", szkoda że nie było "Take You On A Cruise", szkoda że nie było "Hands Away"… Ale i tak było świetnie!

Wraz z drugim zejściem Interpol ze sceny w zasadzie skończyła się dla mnie najważniejsza część festiwalu. Dlatego też pozostałem pod główną sceną i zobaczyłem fragment koncertu Jay-Z. Wypadł całkiem nieźle, ale nie dotrwałem do końca, bo o północy w namiocie swój występ zaczynali Sex Pistols. Kiedy dotarłem na miejsce, pod namiotem zastałem tłumy ludzi. Na początku pozostałem na dworze, bo stamtąd doskonale było widać wszystko na telebimach, ale poza namiotem ciężko było uchwycić to co najważniejsze… Johnny Rotten wyszedł na scenę w szlafroku i pokazał, że ma w sobie tyle energii, co za dawnych lat. Zachowywał się dokładnie tak, jak się po nim spodziewałem, a więc jak podstarzały gwiazdor. Koncert był pewnego rodzaju manifestem humoru. Centralnym punktem wieczoru był kawałek "No Fun", przed którym Rotten zachęcał polaków do większego optymizmu i wyzbycia się nieśmiałości. Wcześniej kilkakrotnie dłubał w nosie, pokazywał swój podpasiony brzuch i wykonywał inne podobne gesty. Mimo, że koncert ten to był przede wszystkim show wokalisty, to jednak trzeba przyznać, że był to obok The Raconteurs jeden z najbardziej energetycznych występów na tegorocznym Open'erze. Nie zabrakło oczywiście "God Save The Queen" (wstyd się przyznać, ale jedynego utworu, który kojarzyłem przed koncertem). Zespół dwukrotnie wracał na scenę. Podczas drugiego wejścia przynieśli nawet ręczniki dla publiczności.

O godzinie 2:00 na scenie pod namiotem pojawił się rosyjski zespół Everything Is Made In China. Zostali przyjęci bardzo entuzjastycznie. Zagrali znakomity koncert, jeden z najlepszych tego dnia. Byli bardzo zaskoczeni aplauzem jaki dostali. Do tego stopnia, że tak samo jak Sex Pistols, dwukrotnie wracali na scenę żeby grać bisy. Niestety nie miałem czasu, żeby zapoznać się z tym zespołem przed koncertem, ale to może i lepiej, bo gdy po koncercie sięgnąłem po płytę, bez trudu odnalazłem utwory, który najbardziej wbiły mi się w pamięć. Były to "Buy 4 Take One Free" i "After Rock". Koncert był bardzo ciekawie zaaranżowany. W tle były puszczane wizualizacje. Koncert rozpoczęło intro, które na płycie jest outrem.
Zastanawiam się tylko, czy Everything Is Made In China zebraliby taki aplauz gdyby grali 8 godzin wcześniej. Wierzę, że tak by właśnie było.

Trzeci dzień zapowiadał się najmniej ciekawie, ale tego dnia zaliczyłem aż 11 koncertów! Zacząłem już o 16 od zespołu Setting The Woods On Fire. To jedyna polska grupa, o której słyszałem, która gra prawdziwe emo. Wypadli bardzo ciekawie, ale to był jedyny koncert, na którym prawie wszyscy siedzieli. To mnie trochę zdziwiło, ale kiedy spojrzałem za siebie, ujrzałem tłumy ludzi, które przyszły zobaczyć ten zespół. Nie jest to łatwa muzyka i na pewno nie jest ona popularna w Polsce, więc myślę, że ten zespół nie będzie miał łatwo się przebić. Ale przecież tego typu zespoły zwykle najlepiej czują się w Undergroundzie.
W następnej kolejności udałem się na Hatifnats. W pierwszej chwili chciałem iść w tym czasie na Gasoline, bo piosenki, które ten zespół zamieścił na myspace bardzo mi się spodobały, ale w końcu poddałem się presji i obejrzałem ten bardziej znany zespół. I nie żałuję. Zagrali naprawdę znakomity koncert. Wszystkie piosenki wykonywali po angielsku, co mnie bardzo cieszy, bo świadczy o ich konsekwencji. Grali muzykę melodyjną, podobną do The Music. To skojarzenie nasuwa się w sposób oczywisty, bo wokalista ma głos bardzo podobny do Roberta Harvey'a.
To jedno z moich największych odkryć tego festiwalu.

Po Hatifnats nie było niestety nic ciekawego, więc usiedliśmy z kolegą na trawce pod Sceną Młodych Talentów i wysłuchaliśmy Bajzela, który stał sam z gitarą na scenie i śpiewał, że coś go swędzi.
O 19 na Scenie Głównej miał pojawić się zespół Lao Che. Wróciłem więc na chwilę pod namiot, żeby wysłuchać fragmentu koncertu Benzyny. Grali porządną rockową muzykę, ale nie mogłem wysłuchać całego koncertu.
Scena Główna przystrojona była włóknianymi dekoracjami, co przywoływało na myśl klimaty Bliskiego Wschodu. Wreszcie na scenę wyszło dziesięciu facetów z różnymi dziwnymi instrumentami. Pierwszym utworem, który wybrzmiał było "Bóg zapłać". Od razu z głośników spłynęło na ludzi mnóstwo pozytywnej energii. Kolejny utwór był jeszcze bardziej energetyczny. Jednocześnie był to jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie fragmentów koncertu - "Czarne kowboje". Potem "Zbawiciel diesel" i zmiana klimatów na bardziej… warszawskie. Później przeplatały się utwory z dwóch ostatnich płyt. Utwory na koncercie brzmiały jeszcze lepiej niż na płytach! Szczególnie "Stare miasto", "Chłopacy" i "Drogi panie". Klawiszowiec oczywiście dopowiadał wszystkie teksty pijaczka. Brakowało trochę momentu zaskoczenia. Wokalista "Spięty" zapowiadał większość piosenek ("piosenka o Jezusie Chrystusie", "piosenka o Noem"), ale w przypadku takiego koncertu nie jest to istotne. "Hydropiekłowstąpienie" wybrzmiało gdzieś w połowie koncertu, ale akurat w przypadku tego utworu wykonanie koncertowe nie różniło się prawie w ogóle od tego z płyty.
Zakończyli koncert utworem… "Koniec". A później wyszli na bisy i zagrali jeden z najlepszych fragmentów koncertu. Najpierw "Paciorek" w znakomitym wykonaniu, a potem "Hiszpan".
Szczerze mówiąc Lao Che pokazali więcej niż się po nich spodziewałem. To była z pewnością jedna z największych niedzielnych atrakcji.
Ale nie ostatnia.

Po Lao Che wstąpiłem na chwilę do namiotu, żeby wysłuchać fragmentu koncertu zespołu Kobiety. Akurat trafiłem na utwór, który znałem z Trójki ("Bi Automat"). Zespół wypadł na koncercie bardziej rockowo niż w utworach, które słyszałem.
Następnie wróciłem pod główną scenę, żeby zobaczyć Goldfrapp. Wokalistka weszła na scenę ze sporym opóźnieniem. Rozpoczęła bardzo łagodnie. Szczególnie w pamięć zapadł mi utwór "Cologne Cerrone Houdini". Później było już trochę bardziej żywo i elektronicznie. Po wysłuchaniu "Caravan Girl" udałem się w stronę namiotu.
Kolejnym zespołem, który tam grał, był Oszibarack. Na ten zespół absolutnie nie miałem ochoty iść, ale przekonali mnie znajomi. Nie jest to co prawda muzyka, której słucham na co dzień, ale koncert bardzo mi się spodobał. Pierwsze utwory zagrane były dosyć standardowo (gitara basowa + klawisze + perkusja + wokal wokalistki). Potem na scenę weszli kolejni członkowie zespołu z instrumentami dętymi. Wszystko to utrzymane było w klimatach elektronicznych. Główną zaletą koncertu był świetny klimat, a także głos (i uroda) wokalistki (kiedyś śpiewała w Husky).

Wychodziłem z namiotu przy dźwiękach Massive Attack. Podszedłem bliżej sceny, żeby obejrzeć fragment tego koncertu i nie żałowałem. Klimaty były może trochę zbyt senne, ale z pewnością był to koncert z przesłaniem. W tle wyświetlane były cytaty różnych myślicieli, polityków i pisarzy, dotyczące wolności, demokracji i innych globalnych spraw.
Nie zostałem na Massive Attack długo, bo o północy miał się rozpocząć jeden z najciekawszych dla mnie koncertów tego dnia - Ścianka.
Spóźnili się kilka minut, ale jak weszli na scenę, od razu wzbudzili moją sympatię. Najbardziej w pamięć wbiły mi się momenty, kiedy Michał Biela sięgał po cymbałki, albo dzwonki chromatyczne, żeby wybrzdąkać na tych instrumentach kilka łagodnych dźwięków. Minutę później wybrzmiewał już miły dla ucha chaotyczny hałas. Niestety zespół zagrał dosyć krótko. Na bisie zagrali tylko jeden utwór i spuentowali koncert słowami: "Kończymy już, bo spóźnicie się na The Chemical Brothers". Bez komentarza.

Bez komentarza skwituję też występ tej "największej gwiazdy" festiwalu. Fakty były takie: spóźnili się pół godziny, z daleka nie widać było w ogóle czy są na scenie, czy nie, grali monotematyczną łupankę uatrakcyjnioną wizualizacjami, które rozszywały ciemności.

To nie było dobre zakończenie tego znakomitego festiwalu, ale… dla mnie zakończeniem był koncert Ścianki. Najlepszym możliwym zakończeniem :)
A ja zakończę słowami, które w przypadku tego festiwalu są zawsze aktualne:

"Tu wszystko się kończy i zaczyna
Gdańsk Sopot Gdynia"


Za rok też tam będę!

10 lip 2008

Open'er 2008 - część 1/2

"We ain't going to the town
We're going to the city
Gonna track this shit around
And make this place a heart
To be a part of"


Tymi słowami rozpoczyna się płyta, która sprawiła, że Interpol stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych zespołów rockowych na świecie. Słowa te towarzyszyły mi podczas podróży do Trójmiasta. Nigdy wcześniej nie byłem tam na dłużej niż jeden dzień. Ten tydzień sprawił, że poznałem Gdynię od środka. I to właśnie klimat tego miasta towarzyszył mi podczas odkrywania dyskografii Interpolu. Co prawda już przed wyjazdem słuchałem tego zespołu w niezdrowych ilościach, ale dopiero w Trójmieście udało mi się w pełni uchwycić piękno ich muzyki. Dotychczas Interpol był dla mnie widoczny jedynie w cieniu Editorsów, którymi zachwycałem się już w zeszłe wakacje. Teraz udało im się z tego cienia wyjść. W skutek szczęśliwego zbiegu okoliczności zarówno Editorsi, jak i Interpol, mieli zagrać w tym roku na Open'erze. Niektórzy widzieli w tym okazję do bezpośredniego starcia tych dwóch zespołów. Ja widziałem w tym przede wszystkim szansę na wysłuchanie dwóch wspaniałych koncertów w ciągu dwóch dni.

Ale przecież nie tylko oni mieli zagrać w tym roku na Open'erze. Trzecim zespołem, dla którego przyjechałem na ten festiwal byli The Raconteurs. Ich ostatnia płyta była prawie tak dobra, jak uznany przeze mnie za album roku 2007 "Icky Thump" zespołu The White Stripes. Inna sprawa, że na tym albumie The Raconteurs niebezpiecznie zbliżyli się do tego, co tworzy Jack White ze swoją siostrą. Ale to dla mnie nie miało żadnego znaczenia. Ten koncert był niesamowitą szansą na zobaczenie jednego z największych współczesnych muzycznych geniuszy na żywo. Był to koncert, którego wyczekiwałem najbardziej.

Kilka dni przed wyjazdem do Gdyni postanowiłem zapoznać się z dyskografią zespołów, które miały grać na Open'erze na mniejszych scenach. Trochę przeszkodziła mi w tym sesja, ale przed wyjazdem wiedziałem już mniej więcej w jakich koncertach będę uczestniczyć. Jak się później okazało, mój plan uległ kilku niewielkim, aczkolwiek bardzo znaczącym zmianom. W sumie zaliczyłem aż 25 koncertów, w tym 14 w całości. To oszałamiająca liczba. Przekracza ona liczbę wszystkich zespołów, które dotychczas widziałem na żywo.
W tym roku na całe szczęście dopisała pogoda. Deszczu prawie nie było w dni festiwalowe. Zaczął padać dopiero w poniedziałek, już po zakończeniu imprezy.

Na miejsce przyjechałem wraz z kolegą w środę, a więc na dwa dni przed rozpoczęciem festiwalu. Zamieszkaliśmy w niezbyt ciekawej dzielnicy Gdynia-Orłowo, położonej trzy stacje od centrum Gdyni. Stamtąd z dużą częstotliwością kursowały specjalne open'erowe autobusy, które dowoziły ludzi pod teren lotniska w Kosakowie. W środę na mieście jeszcze nie było zbyt dużo ludzi, ale już od piątku niemal każdy młody człowiek spotkany na ulicy miał na ręce opaskę festiwalową.
Gdy po raz pierwszy wkroczyłem na teren imprezy, od razu zaczął razić w oczy ogrom wolnej przestrzeni. Podążając wraz ze znajomymi na czele ogromnych rzeszy ludzi zmierzających przez zielone pola w stronę bramek ograniczających teren, na którym odbywały się koncerty, poczułem się jak bohater epickich opowieści.
Po wstępnych oględzinach festiwalowych miasteczek, obchodzie wszystkich scen i wymianie pieniędzy na kupony będące open'erową walutą, nadszedł czas pierwszego koncertu.

O 17:00 na scenie pod namiotem, festiwal rozpoczął swoim występem zespół L.Stadt. Bardzo chętnie obejrzałem ich występ. Zapoznałem się wcześniej z ich debiutancką płytą, więc nie było dla mnie zaskoczeniem, że tuż po "Londynie" (jedynej polskiej piosence na koncercie i na płycie) wokalista zespołu, Łukasz Lach, powiedział, że dla niego koncert dopiero się zaczyna. Bardzo dobrze wypadły m.in. Utwory "Gore" i "Stop". Na zakończenie występu wokalista powiedział, że jego zdaniem świetnie rozpoczęli festiwal. W porównaniu z kolejnymi tego dnia, ten koncert wcale taki świetny nie był, więc myślę, że odrobina skromności by nie zaszkodziła…
Po zakończeniu koncertu przeszedłem na Scenę Młodych Talentów, żeby zobaczyć zespół Ziemianie. Zagrali zupełnie inaczej niż L.Stadt. Ich koncert był przede wszystkim świetnym show. Wyszli na scenę w czarnych kostiumach z literą "Z" na piersiach. Zaczęli od słów "ten tekst to prowokacja", a zakończyli koncert piosenką o refrenie "Ziemianie uciekajcie, woda jest na Marsie" (czy jakoś tak).
Po nich przyszedł czas na trzy najważniejsze koncerty tego dnia (3 z 5 najbardziej przeze mnie wyczekiwanych).

4 października 2007 Editorsi zagrali znakomity koncert w Stodole. To był chyba najlepszy koncert, w którym dotychczas było mi dane uczestniczyć. Nie oczekiwałem, że na Open'erze ktoś zagra lepiej. Co więcej, nie oczekiwałem nawet, że występ Editorsów będzie równie udany, bo w realiach festiwalowych to niemożliwe.
Tamtego wieczoru przed nimi grały dwa supporty. Pierwszy wypadł blado. A był to jeszcze wówczas mało znany zespół Muchy, który nie miał na swoim koncie żadnej studyjnej płyty. Minęło od tego czasu dokładnie 9 miesięcy i prawie wszystko uległo zmianie. Muchy mają na swoim koncie już jeden znakomity album "Terroromans". Dzięki temu stali się jedną z największych gwiazd polskiej sceny indie i jako jeden z trzech polskich zespołów mogli wystąpić na głównej scenie jako gwiazda. Jedna rzecz nie uległa zmianie. Znów grali przed Editorsami.
Tym razem zagrali o wiele lepiej niż wtedy. Zaczęli od tytułowego "Terroromans", a później zaprezentowali większość utworów z nowej płyty. Zagrali też kilka zupełnie nowych utworów. Widać było, że sporo ludzi zna ich utwory i świetnie się przy nich bawi. Jako bis zagrali dobrze znany z koncertów utwór "Big City Girl".

Wreszcie o 21:00 na scenę wyszli Editorsi. Niektórzy już przed Muchami ustawili się pod sceną, żeby być na tym koncercie w pierwszym rzędzie. Ja postanowiłem się w przerwie "nakręcić" i kiedy przebijałem się pod scenę, Tom Smith i spółka wyszli na scenę. Zaczęli od "Bones" i od razu porwali publiczność. Następne w kolejności były singlowe "The Racing Rats" i "An End Has A Start". Nie zwalniali tempa, każdy kolejny kawałek był równie energetyczny. Jedynym wolniejszym było "Weight Of The World", ale i przy tym przecież można trochę poskakać. I tym właśnie różnił się ten koncert od tamtego październikowego. Wtedy jedną z głównych atrakcji były częste zmiany nastroju. Tym razem było szaleństwo na całego. Repertuar był idealnie dobrany. Niestety grali jak jeszcze było widno, więc nie mogli powtórzyć takiej gry świateł jak choćby przy "Fingers In The Factories" w Stodole. Ale i tak ten utwór zagrali znakomicie. Później już tylko "Smokers Outside The Hospital Doors" i… koniec. Nie było nawet bisów. Na scenę wyszedł Mikołaj Ziółkowski, który oficjalnie rozpoczął festiwal i powiedział, że Editorsi wybrali ten festiwal spośród siedmiu propozycji (m.in. Roskilde), więc poświęcili się do tego stopnia, że bisów grać nie muszą. Tak więc lekki niedosyt pozostał. Na szczęście tylko lekki, bo zagrali wszystkie najlepsze kawałki.
Za ten koncert zespół zebrał znakomite recenzje od ekspertów, od fanów (do których sam siebie zaliczam), jak i również od osób, które miały z nimi styczność pierwszy raz.

Kolejną gwiazdą wieczoru był zespół The Raconteurs. Editorsi skończyli wcześnie, więc przerwa pomiędzy tymi zespołami była ok. 50-minutowa. Miałem całkiem dobrą miejscówkę, więc nie ruszałem się przez ten czas z miejsca. Wreszcie o 23:00 na scenie pojawił się Jack White wraz z zespołem. Zaczęli od "Consolers Of The Lonely", a więc dokładnie tak samo, jak zaczyna się ich ostatnia płyta. Potem już wszystko potoczyło się bardzo szybko. "Hold Up", "Level", wreszcie spowolnienie na "You Don't Understand Me"... Potężne riffy gitarowe na koncercie robiły piorunujące wrażenie. Pod sceną utworzyło się gigantyczne pogo. Szaleństwo festiwalowe sięgnęło zenitu.
Wreszcie na koniec wybrzmiało "Blue Veins" z powplątywanymi solówkami Jacka. Nie należały one może do najlepszych w jego wykonaniu, ale i tak pokazał coś wyjątkowego.
Po tym utworze zespół opuścił scenę. W przeciwieństwie do Editorsów, zagrali do tego czasu stosunkowo niewiele spośród swoich największych hitów.
Przy takim aplauzie nie mogli jednak nie wyjść na bisy. Najpierw "Attention", potem "Broken Boy Soldier" i wreszcie "Salute Your Solution".
W sumie zagrali większość utworów z nowej płyty (co mnie bardzo cieszy), kilka z poprzedniej (ale np. bez "Hands" czy "Together") i przynajmniej jeden utwór, którego wcześniej nie słyszałem.
To był zdecydowanie najlepszy koncert tego dnia i najlepszy na całym festiwalu!

Na deser została Roisin Murphy. Spodobała mi się jej ostatnia płyta, więc z przyjemnością wysłuchałem tego koncertu (co prawda nie do samego końca). Roisin oczywiście jak zwykle podczas koncertów zmieniała strój częściej niż piosenki, ale wypadła mimo to bardzo dobrze.

Powrót do Gdyni nie należał do najprzyjemniejszych atrakcji tego dnia. W sumie zajął mi aż 2 godziny, w tym większość spędziłem czekając na transport.

25 cze 2008

Staind powraca z nowym singlem

Nowa płyta zespołu Staind należy do najbardziej oczekiwanych przeze mnie płyt tego roku. Szósty krążek tej grupy, zaliczanej przez wielu do drugiej fali post-grunge, będzie zatytułowany "The Illusion of Progress" i ma się ukazać 19 sierpnia w Stanach Zjednoczonych. Z całą pewnością jakiś czas później płyta dotrze do polskich sklepów.

Tytuł płyty prawdopodobnie mówi bardzo wiele o jej zawartości, bo już po pierwszym singlu widać, że zespół nie odstępuje od stylu, który prezentował na poprzednich płytach. Nowy singiel mógłby się równie dobrze znaleźć na każdej z poprzednich płyt (może poza pierwszą). Ale przecież właśnie tego fani oczekują od zespołu!
Pierwsze skojarzenie przyniosło mi na myśl singiel promujący poprzednią płytę - "Right Here". Drugie było o wiele bardziej trafne. Ten utwór przypomina mi jeden z najwspanialszych kawałków Stainda - "How About You".

Staind zawsze słynął z przepięknych tekstów. Nowy singiel ma jeden z najgenialniejszych tekstów, jakie udało im się kiedykolwiek stworzyć.
Przytaczam tutaj ten tekst w całości. Załączam również link spod którego można pobrać utwór.

myspace
mp3

I sit alone and watch the clock
Tryin to collect my thoughts
I'll I think about is you
And so I cry myseld to sleep
And hope the devil I don't meet
In the Dreams that I live through

Believe in me
I know you've waited for so long
Believe in me
Sometimes the weak become the strong
Believe in me
This life is not always what it seems
Believe in me
Cause I was made for chasing dreams

All the smiles you've had to fake
And all the bullshit you've had to take
Just to lead us here again
I never have the things to say
To make it all just go away
To make it all just disapear

Believe in me
I know you've waited for so long
Believe in me
Sometimes the weak become the strong
Believe in me
This life is not always what it seems
Believe in me
Cause I was made for chasing dreams

It's my life
It's my choice
Hear my words
Hear my voice
So just believe

I sit alone and watch the clock
Tryin to collect my thoughts
I'll I think about is you
If you believe in me
Life not always what it seems
Believe in me
Cause I was made for chasing dreams.

Believe in me
I know you've waited for so long
Believe in me
Sometimes the weak become the strong
Believe in me
This life is not always what it seems
Believe in me
Cause I was made for chasing dreams